Wyspa Ko Lipe


Ko Lipe to jedna z piękniejszych wysp Tajlandii, która od dawna znajdowała się na mojej „bucket list”. Po dwóch nieudanych podejściach nadszedł moment, kiedy mogę odhaczyć ją z mojej listy marzeń.

Koh Lipe jest najdalej wysuniętą na południe tajską wysepką, która wchodzi w skład Morskiego Parku Narodowego Tarutao. Leżąca w wodach Morza Andamańskiego, na zachód od wybrzeża Tajlandii wyspa uważana jest za ostatni zamieszkały tajski raj. 

Dawniej na całej wyspie Ko Lipe rosła gęsta dżungla, poprzecinana tylko gdzieniegdzie wąskimi ścieżkami, szerokości jednego człowieka. Turystyka zaczęła się tu rozwijać bardzo dynamicznie dopiero jakieś trzydzieści lat temu. Potem zaczęło napływać coraz więcej i więcej turystów.

Dżungla wycinana pod ośrodki i bungalowy stawała się coraz mniejsza i miejscowi należący do grupy etnicznej Chao Le musieli coraz dalej wypływać, żeby nałapać ryb. Mimo, że nie są oni zachwyceni tymi zmianami, próbują żyć tak jak dawniej, udaje im się jeszcze zachować swój język i niektóre zwyczaje. Ich świat już bardzo się skurczył, a napływający tłumnie turyści coraz bardziej zakłócają prywatność mieszkańców.

Na szczęście na Ko Lipe nie ma jeszcze dużych ośrodków, wysokich hoteli czy luksusowych apartamentowców. Wzdłuż wszystkich piaszczystych plaż wybudowano sieć ośrodków, które w większości oferują noclegi w małych domkach. Są to przeważnie bambusowe, drewniane czy częściowo murowane domki i bungalowy na palach. Zanurzone w zieleni bananowców, palm kokosowych i fikusów, otoczone krzewami bugenwilli, sprawiają nadal sielskie wrażenie.

Ko Lipe długo opierała się turystyce, a dopiero od kilku lat można na nią dopłynąć szybkim speedboatem z różnych portów czy pobliskich wysp Tajlandii.

My docieramy do niej z Ko Lanty. Bilety można kupić przez internet w granicach 1600-1800 THB, aczkolwiek bez możliwości negocjowania ceny. Po kilku latach w ‚krainie uśmiechu’ targowanie mi weszło już w krew i po rozeznaniu w kilku agencjach na Lancie ustalam cenę 1350 THB za osobę i następnego ranka spod hotelu odbiera nas umówiony bus. Docieramy do przystanii, a tam wskakujemy na niewielką łódź, jeśli dobrze policzyłam to pomieści się na niej około 35-40 osób.

Po dwu i półgodzinnej, „wyboistej” podróży (zalecam Aviomarin, jeśli masz chorobę lokomocyjną), łódź motorowa dociera do celu. Zielona, niezbyt górzysta wyspa, wita nas pióropuszami palm, zatkniętymi wzdłuż dosyć długiej plaży z rażącym w oczy, bielusieńkim piaskiem. Co mnie jednak najbardziej urzeka, to pierścienie błękitno-turkusowej wody, która im dalej od brzegu, tym ciemniejsza, przechodząc przez odcienie błękitu, szmaragdu aż do granatu.

Na wyspie nie ma ani portu ani przystani, a łódki czy speedboaty dopływają do unoszących się na wodzie platform. Po zejściu na piasek uiszczamy opłatę za wejście do parku narodowego w wysokości 200 THB od osoby.

Ko Lipe to naprawdę niewielka wyspa – ma zaledwie 3 km² powierzchni, więc z łatwością można ją obejść na piechotę w ciągu jednego dnia.

Do hotelu dotrzeć można pieszo, skorzystać z usług charakterystycznych dla Tajlandii drewnianych łodzi, tzw, longtail-boat, lub też wskoczyć do przystosowanych do transportu kilku osób tuk-tuków.

Wybieramy ostatnią opcję i za 50 THB za osobę docieramy do naszego ośrodka Phuritra Resort umieszczonego na północno-zachodnim wybrzeżu wyspy, przy plaży o tej samej nazwie Phuritra Beach. Domek z widokiem na morze … tego nie da się opisać. Mogłabym tu już zostać na zawsze.

Leżąca na północy wyspy, Plaża Phuritra, ukryta w niewielkiej zatoczce zauroczyła nas wspaniałymi miejscami do nurkowania za dnia, zjawiskowymi zachodami słońca o zmroku oraz świecącym planktonem w nocy.

Znajdująca się tu restauracja Benny’s oferująca wegańskie dania oraz chłodzące drinki spełniła oczekiwania naszych żołądków. Niczego więcej nam do szczęścia nie było potrzeba.

Najgorętsze godziny spędzamy w cieniu rozłożystych drzew, pod daszkiem z liści palmowych, popijając mleko ze świeżo otwartego kokosa albo koktajle z ananasa lub mango. Do tego świetne potrawy wegetariańskie. Jesteśmy w raju.

W ciągu dnia, kiedy to słońce praży niemiłosiernie, najprzyjemniej na Koh Lipe jest pod wodą. Wystarczą tylko maska i rurka, by zobaczyć otaczającą wyspę rafę koralową i toczące się w niej życie. Cicho tu i spokojnie. Jeśli dolatują jakieś dźwięki z plaży, są przytłumione.

Między skałkami rafy koralowej pływają drobne rybki w żółto-czarne pasy oraz całe ławice innych bliżej nie znanych mi gatunków. Niektóre mają wzory w paski, inne w kropki, plamki, a nawet kratkę. Wszystkie w rozmaitej gamie kolorów tęczy.

Po dnie suną węże morskie. Pod powierzchnią majestatyczne barakudy obserwują mnie z dystansem. Falujące włosy ukwiałów ukrywają niewielkie, zółte i pomarańczowe rybki „Nemo”. Przyklejone do rafy żyjątka przypominające miniaturowe choineczki chowają się przy bliższym kontakcie. Cały ten podwodny świat żyje swoim jeszcze nie zakłóconym rytmem.

Południowa część wyspy to plaża Pattaya Beach. Znajduje się tu ruchliwa Walking Street, gdzie znajdziemy mnóstwo restauracji, barów i sklepów z pamiątkami. Tu w szczycie sezonu, trwającym od grudnia do lutego, bywa tłoczno i gwarno. Wieczorem plaża rozbłyskuje tysiącem żarówek i lampionów wiszących nad stolikami restauracyjek i barów, które otwierają się po zachodzie słońca. Goście siedzą na poduszkach rozłożonych na piasku albo na niskich stołeczkach. Muzyka i gwar milknie tu dopiero nad ranem.

Leżąca na wschodzie, Sunrise Beach jest chyba najczęściej wybieraną przez turystów plażą. Czysty, bielutki piasek rozciągający się na długości kilku kilometrów przyciąga zwolenników wschodów słońca, lazurowej wody oraz błogiego plażowania.

Głównym zajęciem na tej plaży jest równie przyjemne leżakowanie, bujanie się w jednym z hamaków i obserwowanie sielskiego dnia lokalnej społeczności oraz turystów w rytm łagodnego szumu fal.

Nic nie zakłóca spokoju na Koh Lipe.

Zarówno Pattaya Beach jak i Sunrise Beach odstraszyła mnie jednak ilością zaparkowanych przy brzegu łódek.

Niewiele jest w Tajlandii wysp takich jak Ko Lipe. Pomimo całkowitego nastawienia na turystykę znajdujemy tu wszystko co nam potrzeba: plaże z białym jak mączka piaskiem, krystalicznie czystą, turkusową wodę, ciekawe miejsca do nurkowania z rurką, ciszę i relaks.

Muszę przyznać, że wysepka ma coś w sobie, więc kto nie był to już ostatni dzwonek.

 

Super Cię tu widzieć!

Mam nadzieję, że artykuł Ci się podobał, będzie mi bardzo miło jeśli klikniesz „lubię to” lub go udostępnisz. Może zawarte w nim informacje komuś się przydadzą 🙂 Jeśli masz dodatkowe pytania, zapraszam do dyskusji poniżej lub kontaktu ze mną. Każdy komentarz jest dla mnie motywacją do dalszego pisania!

Reklamy