Oblicza Kambodży – Sihanoukville


Sihanoukville jest najpopularniejszym kambodżańskim nadmorskim kurortem. To niewielkie miasto na południu Kambodży, którego nazwa pochodzi od króla Norodoma Sihanouka przyciąga rzesze turystów z całego świata. 

Ale zacznijmy od naszej podróży z Phnom Penh na wybrzeże Kambodży.

Rano po godzinie 8 pod nasz hotel podjeżdża bus (15 USD od osoby ) i zabiera nas do biura Thero Express. Tam przesiedamy się do innego pojazdu i ruszamy drogą ‚National Highway 4’ na południe. Skąd taka nazwa? Do drogi szybkiego ruchu czy autostrady to jej daleko, dwa zatłoczone pasy, szalony ruch … najbardziej przerażają mnie pojazdy jadące pod prąd. Dodatkowo nasz kierowca co jakiś czas rozmawia przez telefon. Wolę nie patrzeć na to co się dzieje na drodze. Mam tylko nadzieję, że dojedziemy bez kolizji. 

Podróż zajmuje nam około 5 godzin z przystankiem na posiłek w jednej z przydrożnych restauracji.

Sprawdzam na internecie jakie atrakcje ma Sihanoukville do zaoferowania. Niestety nie wygląda to imponująco, jednak nie poddajemy się.

Do Sihanoukville docieramy wczesnym popołudniem. Przystanek końcowy to siedziba biura firmy czyli mały przydrożny sklepik. Stąd wskakujemy do jednego z kilkunastu tuk-tuków oczekujących na przyjezdnych jak sępy. Po krótkiej negocjacji ceny ruszamy w drogę.

Objeżdżamy ikonę miasta czyli rondo z dwoma złotymi lwami w jego centrum, jedziemy drogą z dziesiątkami pubów, biur podróży oraz mniejszych i większych hoteli.

Dalej podążamy mniej już zabudowanym, albo wogóle pustym terenem wzdłuż plaży Ochheuteal i docieramy do naszego ośrodka czyli Sunset Lounge Resort, który prowadzi symaptyczne małżeństwo z Niemiec.  Jego lokalizację znajdziesz na mapie.

Po jednej stronie drogi znajdują się zabudowania ośrodka a po drugiej jego prywatna, dobrze utrzymana plaża, z której można podziwiać zachody słońca.

Po szybkim zakwaterowaniu wynajmujemy skuter od sąsiedniego agenta wynajmu (polecony przez gospodarzy – $6 za dobę) i ruszamy na zwiedzanie okolicy. Pora deszczowa nas nie oszczędza i zaczyna padać. Docieramy do jednego z kilku bazarów w mieście i tam skrywamy się przed deszczem. Kupujemy tylko kilka bananów i inne owoce.

Wracamy do naszego pojazdu zaparkowanego przy ulicy i zauważamy, że nie mamy powietrza w tylnej oponie. Szybko dzwonimy do właściciela wypożyczalni, co nie było łatwe ze względu na jego ograniczoną znajomość języka angielskiego. Dzięki pomocy jakiegoś lokalasa wyjaśniamy wreszcie gdzie jesteśmy i prosimy o zamianę pojazdu lub naprawę opony. Ku naszemu zaskoczeniu gość odpowiada, że nie przyjedzie bo pada deszcz. On w deszczu się nigdzie nie rusza. Typowe w Azji.

Czekamy więc aż przestanie padać. Po pół godzinie dociera do nas właściciel wypożyczalni z nowym motorem. 

Właściciel naszego ośrodka powiedział nam , że warto się wybrać do świątynii o nazwie Leu Pagoda, położonej na niewielkim wzgórzu. Dla widoku na okolice. Pełni nadziei udajemy się do świątynii. Jej lokalizację znajdziesz na mapie.

Mijamy biedne zabudowania lokalnej ludności, zapewne obsługującej świątynie. Przy jednym z nich dwaj młodzi mnisi odpoczywają na hamakach. Życie toczy się tu swoim rytmem. Większość przygląda się dwóm obcym, niektórzy uśmiechają się a dzieciaki machają wesoło.

Po drodze mijamy również pomniki i grobowce jakichś zasłużonych osób oraz posągi mnichów.

Leu Pagoda

Świątynia nie jest zbyt okazała, aczkolwiek ciekawie umieszczona na wzgórzu pośród drzew. Obchodzimy ją dookoła, i jak wszędzie w Kambodży, i tu dostrzegamy stosy śmieci wyrzuconych na jej tyłach, pomiędzy ciekawymi stupami. Zaskoczyło nas to trochę. Nie świadczy to najlepiej o mnichach, albo o Kambodżanach. 

Wchodzę do jednego z pomieszczeń gdzie jakiś młodzieniec przygotowuje jedzenie dla mnichów. Ściany przyozdobione malowidłami zawierającymi sceny związane z jakimiś historycznymi lub religijnymi wydarzeniami czy obrządkami. Wszystko bardzo kolorowe i zastanawiam się czy to czasem Chińczycy nie maczali w tym palców… lub pędzli.

Wychodzę na zewnątrz i dostrzegam kilka małych, wychudzonych kociąt. W przeciwieństwie do Tajlandii gdzie wokół świątyń zobaczyć można tabuny psów, tak w Kambodży zwierzętami świątynnymi są koty. Jeden z nich odważył się podejść do mnie i dał się pogłaskać. Wzięłam go na ręce, a on tak cichutko mruczał z zadowolenia. Pozostałe z daleka tylko przyglądały się tej scenie.

Koty i małpy w Leu Pagoda

Przy samym wyjściu ze świątynii dostrzegamy małpy. Nie darzę ich zbytnią sympatią i raczej nie próbuję pogłaskać. Z wiadomych względów – mogą być agresywne oraz  przenoszą jakieś chróbska. Nie ryzykuję. Spoglądają na nas chytrze, czekając tylko na moment nieuwagi aby nam coś zwinąć. Robimy im tylko kilka zdjęć.

Wychodząc ze świątynii poruszamy się drogą na wprost od wyjścia i po jakichś 200 metrach docieramy do miejsca, z którego rozpościera się świetny widok na Sihanoukville. Dostrzec też można okoliczne wyspy Kaoh Chanloh, Bamboo oraz Kaoh Ta Kiev z lewej strony i w oddali Ko Rong Sanloem z prawej. Rzeczywiście warto było przyjechać.

Ruszamy w drogę powrotną.

Wieczorną kolację spożywamy w jednej z plażowych restauracji. Piwo lokalne i masaż stóp na plaży przy stoliku rozleniwiają nas więc udajemy się do naszego ośrodka na spoczynek.

Zaplanowaliśmy 4 noclegi w Sihanoukville i po pierwszym dniu zastanawiam się, co tak naprawdę będziemy tu robić. Lista atrakcji nie wygląda imponująco. Poza wspomnianym rondem z posągami lwów, kilku świątyń, bazarów, barów, gesthouse’ów i hoteli rozmieszczonych wzdłuż głównej drogi oraz przy plaży, do zwiedzania to nie ma tu zbyt wiele.

I te stosy śmieci. Wszędzie. 

Pierwsze wrażenia – fatalne. Sihanoukville nie urzekło nas właściwie niczym, a przejażdżka po Sihanoukville wzbudziła w nas mieszane odczucia.

Jednak wyspy jakie dostrzegliśmy ze wzgórza utkwiły mi w pamięci i już wiem co chcę robić następnego dnia. 

Reklamy