Oblicza Kambodży – Phnom Penh, dzień 3


Każdy przyzna, że Phnom Penh to metropolia niesamowitych kontrastów. Znając jednak jej nie tak odległe dzieje, okrutne przeżycia oraz los jaki zgotował im Pol Pot, staramy się zrozumieć jaką drogę pokonali Khmerzy i ile jeszcze przed nimi aby wydźwignąć się ze szponów traumatycznej historii.

Poza namolnymi kierowcami tuk-tuków, Phnom Penh kojarzy się nam przede wszystkim ze stosami śmieci, brakiem chodników, chaosem na drogach oraz wszechogarniającą biedą. A wszystko to tuż obok obok zachodnich supermarketów z markowymi sklepami, kosmetykami Dior’a i Chanel.

Po stolicy Kambodży poruszamy się oczywiście tuk-tukiem. Ku uciesze Jima, kierowcy tuk-tuka, po raz kolejny wynajmujemy jego usługi na połowę dnia za 15 USD.

Wskakujemy do niewielkiego pojazdu i jedziemy pełnymi ulicami miasta. Chaotyczny ruch, szaleni kierowcy, niejednokrotnie napawją nas strachem i wywołują ataki okrzyku zakończonego histerycznym śmiechem ulgi, że nic nam sie nie stało. Tajskie drogi w porównaniu z tym chaosem to pełna kultura.

Choć w Phnom Penh żyje ponad dwa miliony ludzi to miasto nie sprawia wrażenia jakiejś ogromnej aglomeracji. Generalnie niska zabudowa, wciąż wąskie uliczki. Jednakże liczne remonty dróg i budynków, mnóstwo dźwigów, nowoczesne hotele i apartamentowce, zachodnie sklepy i kasyna, lepsze drogi oraz infrastruktura  świadczą tylko o nieustającym rozwoju metropolii.

Pierwszym celem naszej tuk-tukowej eskapady jest szpital. Chcemy porównać ceny usług służby zdrowia w Kambodży i w Tajlandii. „Bangkok Hospital” jak sama nazwa wskazuje obsługują specjaliści z Tajlandii, a ceny są prawie takie same. Budynek nie zrobił na nas większego wrażenia, choć jest czysty i nowoczesny.

Kolejnym miejscem, do którego zawozi nas Jim jest dworzec kolejowy. Aby dotrzeć do samego dworca trzeba objechać dosyć duże rondo. Nie wiem z jakiego powodu Jim postanawia na tym rondzie jechać pod prąd! No cóż. Widocznie w Kambodży tak się jeździ.

Dworzec Kolejowy w Phnom Penh:

Dworzec kolejowy sprawia wrażenie wymarłego. Kratami pozamykane kasy i poczekalnia. Całkowity bezruch.  W Kambodży kolej raczej funkcjonuje sporadycznie, wyniszczona w okresie Czerwonych Khmerów nigdy nie wróciła do dobrego stanu.

Chcemy kupić bilet na pociąg do Sihanoukville i ku naszemu zdziwieniu dowiadujemy się, że pociągi kursują tylko w wybrane dni tygodnia. Pani w okienku podaje mi rozkład jazdy na dany miesiąc. Niestety musimy poszukać jakiegoś innego przewoźnika aby następnego dnia dostać się na wybrzeże. Jeśli planujecie podróż pociągiem to wcześniej zapoznajcie się z rozkładem jazdy na dany okres – często się zmienia.

Jim zawozi nas do agencji TheroExpress, gdzie kupujemy bilety na minibus do Sihanoukville. Płacimy 15 USD za osobę.

Po ponad godzinnej jeździe ulicami Phnom Penh postanawiamy napić się kawy. Jim bardzo nas rozczulił kiedy poprosiliśmy, aby nas zawiózł do jakiejś kawiarni. Podjechaliśmy do francuskiej cukierni znajdującej się w niewielkim centrum handlowym. Chcemy trochę porozmawiać i dowiedzieć się czegoś o życiu przeciętnego Kambodżanina, więc zapraszamy Jima na kawę i francuskie wypieki. Niestety odmówił twierdząc, że nie jest odpowiednio ubrany i jego spodnie, koszulka polo i buty nie nadają się do tak egzaltowanego świata jakim jest centrum handlowe. Długo mi zajęło przekonanie go, że jego strój nie przeszkadza nam w piciu kawy, jednak ostatecznie zasiadamy przy stoliku. Prawie zmuszam aby wybrał sobie coś do jedzenia. Miał łzy w oczach kiedy jadł niewielki kawałek pizzy, a wspólne zdjęcie czyni go wyjątkowo szczęśliwym.

Z jego łamanej agielszczyzny dowiadujemy się, jak żyje się mieszkańcom Kambodży, z których większość stanowią Khmerzy. Wiele rodzin przeżyło oraz straciło bliskich w okresie reżimu Czerwonych Khmerów. Mimo tego generalnie Kambodżanie to bardzo mili i wyjątkowo przyjaźnie nastawieni do turystów ludzie. Jim nie chce opowiadać o tamtych czasach zbyt wiele; może przeżycia są zbyt bolesne. Więcej we wcześniejszym wpisie: Smutne Oblicze Kambodży.

Jim ochoczo jednak opowiada nam o swoim obecnym życiu. Jako kierowca tuk-tuka ma na utrzymanu czteroosobową rodzinę, żonę i dwójkę małych dzieci. Mieszkają w jednym pomieszczeniu, śpią na podłodze. Żona pracowała do czasu kiedy nie zaszła w ciążę z drugim dzieckiem. Starszy, siedmioletni  syn chodzi do szkoły podstawowej.

System szkolnictwa jest dla wszystkich, aczkolwiek zamożniejsi rodzice mogą liczyć na szczególne względy. Nauczyciel niby naucza wszystkie dzieci, ale jeśli któryś z rodziców dodatkowo zapłaci belferowi (czytaj przekupi), wtedy ten ewentualnie zwróci uwagę na dziecko podczas lekcji i udzieli mu prawie prywatnei lekcji w klasie (!)

Służba zdrowia jest płatna dla wszystkich. Nie ma darmowych usług. Rzeczywistość jest straszna: nie masz pieniędzy –  umierasz. Boli cię ząb – bez kasy sam sobie radź.

Jim opowiedział nam historię swojego brata, któremu brama ucięła rękę w nadgarstku. Jako, że nie mieli pieniędzy aby zapłacić za kosztowną operację, lekarze tylko złożyli ją, że tak powiem „do kupy”, ale brat ręką już nie włada. Nic nie zrobiono z uszkodzonymi nerwami.

Inny przykład w trakcie naszej jazdy po stolicy – młodsze dziecko Jima dostało wysokiej gorączki i żona musiała iść z nim do szpitala. Opłatę za usługi medyczne w Kambodży należy opłacić z góry, jeśli nie masz wystarczającej ilości pieniędzy – nie zobaczysz lekarza. Niestety i w tym przypadku skończyło się tylko zakupem leków w aptece. Całe szczęście, że nie było to nic poważnego.

Ciekawa jestem czy te wszystkie historie to tylko po to aby dostać od nas więcej pieniędzy czy rzeczywiście taka sytuacja miała miejsce. Żegnając się później z Jimem zapłaciliśmy mu z dobrym napiwkiem, z czego niezmiernie był szczęśliwy. Nam to nie zrobiło większej różnicy, a jemu i jego rodzinie być może pomogło.

Zapewne czytając to pomyślicie, że nieźli z nich naciągacze, ale jak się przyglądniecie jaka tu panuje bieda to zrozumiecie, że aby przeżyć każdy musi kombinować oraz liczyć się z każdym centem. Przeciętna płaca w tym kraju w sektorze państwowym to niewiele ponad $120 miesięcznie (ok 400 PLN!).

Pytam sie Jima ile on wyciąga na miesiąc. 80-100 dolarów przy dobrych klientach  – odpowiada. Mówi dodatkowo, że rzadko spotyka takich miłych ludzi jak my. Sympatyczny gość. 

Kończymy kawę i prosimy Jima aby nas zawiózł do centrum handlowego gdzie chcę kupić buty i jakieś ubrania. Po kilkunastu minutach jazdy w szalonym ruchu docieramy na miejsce i żegnamy się z Jimem, życząc mu wielu klientów.

Rozglądam się dookoła ale żadnego centrum handlowego nie widzę. Mnóstwo aut i tuk-tuków i jakiś budynek zwieńczony kopułą. Okazało się, że wylądowaliśmy przy centralnym bazarze (Central Market) i wnioskujemy, że w Kambodży ludzie zaopatrują się w większość artykułów na lokalnych targowiskach.

Najpopularniejsze bazary w stolicy Kambodży to Central Market, Orussey Market, Night Market i Russian Market.

Central Market stanowi jeden z najbardziej klasycznych targowisk w Azji i jest przykryty okazałą kopułą. Stanowi bardzo charakterystyczny punkt miasta. W środku kopuły znajdują się stoiska z biżuterią, a dookoła głównego budynku znajdziemy chyba wszystko o czym można pomyśleć; od świeżych owoców, niespotykanych ryb, po ubrania i elektronikę. Wpadamy w zakupowy szał.

Na jednym ze stoisk dostrzegam jajka. Kolejny azjatycki przysmak. To ‘balut’, czyli jajko z embrionem. Smacznego.

Bazary w Phnom Penh:

Po wyjściu z bazarowiska zsakoczeni zostajemy ulewnym deszczem, a ulice przeobrażaja się w wielkie kałuże lub potoki. Nie mamy wyjścia jak brodzić niejednokrotnie po kolana w wodzie. Zastanawiam się czy nie lepiej byłoby popłynąć.

Ulice Phnom Penh w deszczu:

Po południu wybieramy sie na spacer po nabrzeżu rzeki Tonle Sap. Można tu spocząć na jednej z ławek lub przysiąść na murku i podziwiać toczące się swoim trybem życie. 

Wieczorem idziemy na pożegnalną kolację do jednej z lokalnych restauracji nad brzegiem rzeki i zamawiamy nasze ulubione lokalne danie jakim jest „amok”. To coś w rodzaju tutejszego curry, z mleczkiem kokosowym o łagodnym smaku.

Lokalne piwo „Anchor” robi swoje, więc postanawiamy ruszyć na spacer po okolicy oraz nabrzeżu rzeki. 

Przemierzając wiele ciemnych, mało atrakcyjnych ulic oraz skwerów można dowiedzieć się sporo ciekawych rzeczy o Kambodżanach. Raczej nie chodzą oni do knajp, wieczory spędzają ze znajomymi na skwerach, na trawie lub na chodniku, popijając colę lub zimne piwo.

A między nimi biegają tłuste szczury, które wcale nie boją się ludzi. 

Innym obliczem Kambodży są stosy śmieci. Jeśli wybierzecie się kiedykolwiek do Phnom Penh, na pewno spotkacie na swojej drodze ich mnóstwo. Stąd te szczury i … smród.

Najbardziej jednak zszokowała nas otaczająca bieda. Przykro nam było patrzeć na całe rodziny śpiące bezpośrednio na chodniku. Kartony, jakieś brudne koce lub kołdry – bo nie wiem czy wypada je nazwać szmaty – to ich dobytek, który dla nich może stanowi jedyny majątek. I te dzieci …. bez butów, często na golasa, biegające po ulicach, nabrzeżu lub też bawiące się nad samą rzeką.

Zobaczcie sami:

Wielu mieszkańców jeszcze nie tak dawno w desperacji przyjechało do stolicy ciułać dolary. Kto nie oferuje narkotyków, usług seksualnych, czy podwózki tuk-tukiem, po prostu żebrze. Wszędzie spotykamy żebrzących.

„One dollar” – wołają i wystawiają dłoń w nadziei. Wiele kobiet z małymi dziećmi próbuje wyłudzić pieniądze niby na mleko. Nie dajemy jednak pieniędzy gdyż i tak najprawdopodobniej trafią w ręce lokalnej mafii. Wolimy nakarmić głodne dzieci. Ostrzegano nas aby nie dawać pieniędzy za nic, bo to zniechęca młodzież do nauki a starszych do pracy. Czasami dajemy się skusić na zakupy oferowane przez maluchy, które słodko, po angielsku (!) przekonują nas, że sami wykonali jakąś bransoletkę czy inny produkt. Uczciwie zarobione pieniądze. 

Oblicze biednej Kambodży na długo utkwiło nam w pamięci, jednak znając tragiczną jej  historię, która jak brzemię ciąży nad tym krajem, staramy sie zrozumieć jak ciężko musieli Kambodżanie i nadal muszą pracować by zrekonstruować swój kraj.

W tym miejscu muszę wspomnieć o polskich żołnierzach, którzy w latach 1992-1993 pod flagą ONZ UTAC brali udział w odbudowaniu kraju po wyniszczających rządach Czerwonych Khmerów. Wspomnienia, zdjęcia, wywiady można znaleźć na Facebooku na grupie Zabujani w Kambodży

Dlaczego ‘zabujani’? To właśnie w Kambodży niektórzy z nich zostawili swoją młodość oraz miłość, to Kambodża skradła ich serca i po dzisiejszy dzień wracają w tamte miejsca, widząc, żę  ich wysiłek jaki wnieśli w rekonstrukcję wyniszczonego kraju nie poszedł na marne. To między innymi oni, młodzi wtedy chłopcy z Polski, pomogli Kambodżanom otrząsnąć sie z traumatycznych przeżyć, wydźwignąć się ze skutków okrutnego reżimu oraz przywrócili nadzieję na lepsze jutro.

Mając na uwadze fakt, że jeszcze w latach 90-tych aktywni byli zwolennicy bezwzględnego reżimu Pol Pota oraz w jakich warunkach przyszło naszym rodakom pracować, musimy przyznać, że zasługują na słowa uznania oraz podziękowania, że dzisiaj jest nam dane odwiedzać i podziwiać ten piękny kraj jakim jest Kambodża.

Jednego z tych dzielnych mężczyzn mam zaszczyt znać osobiście.

Piotr  – dziękuję!!!!

Zabujana w Kambodży – Asia 🙂

Reklamy