Chiang Rai i okolice cz. 2


Nasz kolejny, krótki pobyt w Chiang Rai, zaowocował wizytą w pięknych ogrodach botanicznych Mae Fa Luang oraz wspinaczce na dziewięć pięter świątyni Huay Plakang.

W te strony najczęściej wybieramy się z okazji odwiedzin znajomych lub rodziny. Tym razem jest to znajoma z Japonii – Minako. Możecie ją z łatwością poznać na zdjęciach, moja modelka.

Pierwszym punktem naszej wycieczki, i oczywiście obowiązkowym ‘must see’ w Chiang Rai, jest popularna Biała Świątynia, która znajduje się na trasie z Chiang Mai do Chiang Rai. Po raz kolejny zachwyca nas wszystkich jej majestatyczna biel, a zniechęcają tłumy turystów.

Po spacerze w upale siadamy przy orzeźwiających shake’ach. Minako pyta się nas: ‘Skąd tyle turystów tutaj?’

‘Jak to skąd, z Chin’ – odpowiadam. Kręci tylko głową z niedowierzaniem.

Więcej o Białej Świątyni czyli Wat Rong Khun oraz innych atrakcjach w okolicy poczytajcie na ‘Chiang Rai i okolice cz. 1’ 

Na lunch wstępujemy oczywiście do japońskiej restauracji „Fuji”. Minako po raz kolejny zdziwiona pyta: „Czy we wszystkich japońskich restauracjach jest takie wypasione menu? Bo w Japonii takich dań nie serwują” Dobre. A my naiwni zajadamy się ich przysmakami, zmodyfikowanymi do gustów lokalnych oraz zagranicznych turystów, myśląc, że tak sie jada u Japończyków.

Do hotelu ‘Mantrini’ docieramy wczesnym popołudniem. Hotel ulokowany jest przy głównej drodze, co jest jego dużym atutem, jeśli planujesz wypady poza miasto. Zobacz na mapie.

Nie miałabym nic do jakości oraz obsługi hotelu, ale … jakiś taki starej daty. Przydałby mu się remont oraz zmiana wystroju. Nie mogę też narzekać na śniadanie, które mieliśmy wliczone w cenę – 1300 Baht za pokój. Ja bym tego hotelu nie wybrała, ale jak dziadek się uprze … to nie ma przeproś, najlepiej się uśmiechać po tajsku i udawać, że wszystko gra. 

Ja oczywiście wskakuje do basenu. Szkoda, że nie ma więcej leżaków. 

Po orzeźwiającej kąpieli ruszamy dalej.

Wat Huay Plakang 9 Tier Temple

Ta chińska świątynia znajduje się na północny – zachód od centrum miasta (zobacz jej lokalizację na mapie). Umieszczony na wzgórzu posąg chińskiej Bogini Współczucia i Miłosierdzia można zobaczyć już z daleka. Tuż obok niej dostrzegamy typowy buddyjski budynek świątynny, a z jego prawej strony kilku-kondygnacyjną, wielokolorową stupę. To do niej właśnie kierujemy swoje pierwsze kroki.

Wstęp do stupy jest wolny i zaczynamy wspinaczkę na samą górę. Im wyżej tym bardziej strome oraz węższe schody. Kręte, wąziutkie schodki prowadzą na sam szsczyt. Moje bliskie spotkanie z niskim stropem wywołuje salwę śmiechu dzieciaków oczekujących, aż pokonam spiralną przeszkodę. Ostatnie, 9 piętro to niewielkie pomieszczenie, z którego okien można podziwiać panorama na miasto oraz okoliczne wzgórza. Na każdym piętrze podziwamy drewniane płaskorzeźby, posągi oraz figury buddy, mnichów oraz boginii buddyjskich. Na samym dole znajduje się największy posąg, u stóp którego wierni modlą się i palą kadzidła. Typowe chińskie latarnie i wielobarwne ozdoby powodują, że dostaję oczopląsu. 

Minako nie dała po sobie poznać ale z jej oczu wyczytuję – „ale kicz”. Zdecydowanie nie ma co porównywać ze stylowymi, prostymi, japońskimi przybytkami kultu religijnego.

Po opuszczeniu stupy kierujemy się do wózków golfowych, które wożą turystów do podnóży białego posągu boginii. Kupujemy bilety do windy (40 Bht) i wjeżdżamy na samą górę. Kiedy na 25 – tym piętrze otwierają się drzwi otwieramy usta ze zdumienia. Ściany, rzeźby, nawet drzwi do windy – wszystko białe.  Druga Biała Świątynia. Tego nie spodziewaliśmy się.

Główna świątynia niestety była w budowie. Może następnym razem wstąpimy do niej.

Wracamy do miasta na obiado-kolację. W restauracji o sympatycznej nazwie „Destiny” spędzamy miły wieczór. Oczywiście wybieramy dania tajskiej kuchnii. „Panang Curry” – wyśmienite. Restauracja znajduje się w samym centrum miasta, więc podchodzimy do słynnego zegara, znajdującego się 50 m od restauracji aby podziwiać pokaz światła i dźwięku. Po 5-minutowym przedstawieniu skonsternowana Minako pyta: „ To wszystko?”. Uśmiecham się tylko. Mam nadzieję, że następna atrakcja jej się spodoba. 

Wyruszamy z samego rana. 

Ogrody botaniczne Mae Fa Luang

W odległości około godziny jazdy samochodem na północ od Chiang Rai znajdują się pięknie położone ogrody botaniczne Mae Fa Luang Gardens.

Ogród położony jest on na szczycie góry Doi Tung. Lokalizację jego znajdziecie na mapie.

Ogród został założony przez królową Tajlandii, która pragnęła aby mieszkańcy ‘krainy uśmiechu’ mieli okazję poznać kwiaty oraz rośliny pochodzące nie tylko z Tajlandii ale i z całego świata. Chciała również pokazać inne formy upraw od popularnego w tym rejonie opium.

Historię ogrodów oraz zasługi królowej oraz króla dla rozwoju rolnictwa północnego regionu kraju można poznać odwiedzając ‘Hall of Inspiration’. Tajowie są bardzo z nich dumni.

Dobrze utrzymany i niezbyt drogi ogród (90 Baht dorośli, bez względu na narodowość) warto odwiedzić będąc w tych okolicach. Spotkać tu można miłośników ogrodów, egzotycznych roślin oraz korolowych motyli, a przede wszystkim fotografów. Nie znam się zbytnio na roślinach, ale zawsze zachwycają mnie wielokolorowe ich kompozycje i aranżacje ogrodowe. Nasza Japonka nie jest zbytnio oczarowana ogrodami. No sorry, nie ma co porównywać do uroczych japońskich parków.

Dla mniej zainteresowanych roślinami przygotowano niewielki labirynt utworzony z bambusa oraz ‚Tree Walk’ – przejście po zwisających na drzewach mostach. Za tą atrakcję trzeba dodatkowo zapłacić 150 Baht.

Na wizytę w ogrodach przeznaczyć trzeba ok 2-3 godziny.

Przed wejściem do ogrodów znajduje się kilka sklepików z lokalnymi wyrobami oraz pamiątkami. My zakupiliśmy tutejszą kawę oraz przepyszny miód. Wstępujemy również na wyśmienitą kawę do kawiarni Doi Tung.

Jeśli macie czas to warto podjechać na szczyt góry Doi Tung oraz do znajdujących się przy granicy z Myanmar wiosek, gdzie można zobaczyć jak uprawia się kawę oraz spotkać zamieszkujące te rejony plemiona Karen (długie szyje) oraz Akha.

My postanawiamy uderzyć w innym kierunku, do plantacji herbaty w miejscowości Maesalong. Niestety w samym jej sercu dopada nas burza i przed deszczem chowamy się w naszej ulubionej kawiarence Sweet Maesalong Cafe. Smakowita kawa oraz wyśmienity lunch poprawiają nam humory. Jeśli macie okazję to spróbujcie kiedyś ‘Panang Curry’. Ostra, aczkolwiek przepyszna.

W herbacianym sklepie zaopatrujemy się w zieloną herbatę oraz czajniczki do jej parzenia.

W deszczu wracamy do Chiang Mai.

 

Reklamy