„Kolej śmierci” w Kanchanaburi


W czasie Drugiej Wojny Światowej Japończycy budowali kolej między Tajlandią a Birmą. Ciekawi was po co była Japończykom kolej w tych rejonach? Nasza podróż do Kanchanaburi wszystko wam wyjaśni.

Do Kanchanaburi docieramy wczesnym popoudniem, w podróży powrotnej znad tajskiego wybrzeża.

Przed zakwaterowaniem w hotelu wstępujemy do muzeum „Death Railway Museum” oraz znajdującego się tuż przy nim cmentarza wojennego. Lokalizację muzeum znajdziesz na mapie.

Wstęp do muzeum kosztuje 140 Baht od osoby, a na cmantarz można wejść za darmo. Niestety w muzeum jest zakaz fotografowania i pstrykam tylko zdjęcia ulotkom. Muzeum jest godne polecenia gdyż, można poznać tu historię tego regionu a przede wszystkim dokładne etapy budowy kolei. Pośród licznie zgromadzonych pamiątek, znajdziemy tu rysunki i zdjęcia robotników, a także wzruszające listy opisujące ich tragiczny, niewolniczy los. Zwiedzanie zajmuje nam prawie godzinę i po opuszczeniu museum czuję się jakbym właśnie wyszła z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.

Cmentarz znajduje się na wprost od wejścia do budynku muzeum. Setki płyt nagrobnych równiutko utawione w rzędach, z wygrawerowanymi imionami tych, którzy stracili życie przy budowie kolei do Birmy oraz krzyż umieszczony na środku, robią przytłaczające wrażenie.

Zobaczcie sami:

Dzień wcześniej przez ‘Booking.com’ rezerwowaliśmy nasz nocleg. We wczesnych godzinach popołudniowych docieramy do ośrodka „River Kwai Bridge Resort”, położonego nad samą rzeką Kwai. Lokalizację ośroka znajdziesz na mapie.

Bardzo przyjemny ośrodek w przyzwoitej cenie – 1300 Baht za nocleg ze śniadaniem. Z tarasu restauracji podziwiać można most na rzece Kwai.

Umęczeni drogą oraz upałami wskakujemy do hotelowego basenu i chłodzimy nasze ciała w przyjemnym jacuzzi, a gardła tajskim piwem z lodem.

Zobaczcie jak wygląda ośrodek:

Kiedy słońce jest jeszcze wysoko na niebie postanawiamy zwiedzić okolicę, a przede wszystkim odwiedzić tytułowego bohatera, znanego mi jeszcze z dzieciństwa filmu „Most na rzece Kwai”.

Lokalizacja mostu na rzece Kwai na mapie.

Sam most stał się popularny po roku 1957, kiedy to nakręcono ten film. Co ciekwe, rzeka, nad którą przechodzi most kiedyś wcale nie nazywała się Kwai, ale po sukcesie kinowym i sławie rzeki oraz mostu, tajskie władze postanowiły w 1960 roku zmienić jej nazwę na Kwai.

Drogę od naszego hotelu do mostu pokonujemy pieszo w pięć minut. Most jak most, wykonany z metalu, jaki można spotkać w wielu krajach. Tłumy turystów spacerują po nim, robią sobie zdjęcia grupowe oraz selfie.

Hmmm…. trochę rozczarowuje mnie jego przereklamowana renoma, aczkolwiek historia jaka za nim stoi jest warta wspomnienia.

W trakcie II wojny światowej wojska japońskie stacjonujące w Birmie potrzebowały zaopatrzenia w żywność oraz broń. Początkowo transport do Birmy docierał statkami, lecz ta droga transportu odcięta została przez działania aliantów prowadzone na morzu.

Japończycy musieli wymyślić inny sposób trasportu. Padło na kolej. Do jej budowy wykorzystywali więźniów wojennych, zmuszając ich katorżniczej pracy. 

Trasa kolei z Bangkoku do Rangun w Birmie (obecnie Myanmar) miała mieć przede wszystkim kluczowe znaczenie w planowanej przez Japończyków ofensywie na Indie oraz w zwycięstwie sił japońskich w wojnie. Czas budowy ponad 400-kilometrowej trasy, przewidziano jedynie na 1 rok, czyli lata 1942-1943. To szaleńcze tempo wiązało się z koniecznością wyczerpującej pracy, do której zatrudniono tysiące alianckich jeńców wojennych i azjatyckich robotników. Rzeka, góry i dżungla to nie najłatwiejsze miejsce na zbudowanie kolei. Z powodu tragicznych warunków bytowych, nadludzkiego wycieńczenia i panujących chorób, każdego dnia na placu budowy ginęły setki osób. Ponad 120 tysięcy ludzi straciło życie w trakcie jej budowy, zwanej z tego powodu „koleją śmierci”.

Prace stale się przeciągały, aczkolwiek szły zgodnie z planem Japończyków …. aż do dnia 2 kwietnia 1945 roku, kiedy to zbombardowany został przez amerykańskie wojska, kluczowy element kolei czyli Most na rzece Kwai.

Obecny metalowy most, który dziś oglądamy w Kanchanaburi, i przez który wiodą czynne tory kolejowe,  jest rekonstrukcją poprzedniego, drewnianego wzniesionego przez jeńców (zachowały się po nim tylko drewniane filary).

Zobaczcie jak wygląda ten sławny most na rzece Kwai:

Słońce chyli się ku zachodowi, więc postanawiamy udać się na kolację do jednej z restauracji na rzece „The Floating Raft Restaurant.

Obserwujemy pływające łódki, most oraz ludzi po nim spacerujących a przede wszystkim pociąg, który przez niego przejeżdża.

W ciągu dnia ze stacji River Kwai Bridge odchodzą 3 pociągi o 6:15, 10:44 i 16:33.

Zgadnijcie który wybraliśmy? Oczywiście porwaliśmy się na ten skoro świt.

Następnego dnia, przed wschodem słońca, docieramy do stacji i o dziwo pociąg przyjeżdża prawie punktualnie, co w Tajlandii jest rzadkością.

Wsiadamy do ostatniego wagonu i udajemy się w podróż tą historyczną, skądinąd malowniczą trasą. Z 400 kilometrów pierwotnej trasy do dzisiaj przejezdne jest tylko 130 km, z czego jedynie 77 km wykorzystywane jest na odcinku od Kanchanaburi do Nam Tok.

Do najsławniejszych jej odcinków należą znany z filmu czy książki, most na rzece Kwai, oraz zespół wykutych w skałach tuneli zwanych „Piekielnym przejazdem”. Prace nad nimi trwały nawet w nocy, a robotnicy oświetlali sobie skały blaskiem pochodni – stąd określenie przywodzące na myśl ognie piekielne.

Podróż do stacji Nam Tok zajmuje nam prawie trzył godziny. Zamyślam się nad przerażającą historią powstawania każdego kilometra torów kolejowych, wracam pamięcią do muzeum „Death Railway Museum”, gdzie mieliśmy okazję dowiedzieć się więcej szczegółów z tamtych czasów oraz zobaczyć rekwizyty oraz pozostałości po ofiarach jej budowy.

Mijamy kolejne stacje, podziwiamy widoki za oknem, głównie  panoramę wijącej się wzdłuż kolei rzeki. Kiedy docieramy do stacji Thamkrasae Bridge, pociąg zdecydowanie zwalnia i wiem, że zbliżamy się do Wampo Viaduct, który zawalił się kilkanaście razy zanim więźniom udało się go skończyć.

Pociąg przejeżdża przez niego z prędkością 10 kilometrów na godzinę. Szybciej mogłoby być po prostu zbyt niebezpiecznie. Wychylam się przez okno, mam wrażenie, że w dole nie ma nic, a pociąg unosi się w powietrzu. Udało się, drewniane pale podtrzymujące tory kolejowe tym razem wytrzymały.

Zobaczcie migawki z naszej podróży Koleją Śmierci:

Wysiadamy na stacji Nam Tok gdzie pijemy orzeźwiającą kawę i dogadujemy się z jednym z kierowców pick-upa aby zawiózł nas do wodospadu „Saiyoknoi Waterfall”. Po dziesięciu minutach jesteśmy przy siklawie. Jako, że to pora sucha (marzec) wodospad nie wygląda imponująco, więc przechadzamy się dookoła.  Z prawej strony wodospadu dostrzegamy stojącą na torach lokomotywę. Za lokomotywą widzę stację „Nam Tok Sai Yok Noi”, która jak się okazuje jest ostatnią, do której obecnie podjeżdża pociąg. Zaciekawiły mnie stojące za lokomotywą na torach stoły straganów. Zapewne ktoś wpadł na pomysł sprzedaży jedzenia czy innych wyrobów w tym miejscu. Świetny patent.

Od wodospadu do ostatniego  miejsca, które zamierzamy dzisiaj odwiedzić jest około 20 kilometrów. Pytamy przydrożnych kierowców vanów i pick-up’ów ile biorą za kurs. 800 Bahtów wydaje się nam zdzierstwem, więc postanawiamy wynająć skuter. Za jedyne 350 Bahtów (choć wszędzie jest 200-250) docieramy do Hellfire Pass Memorial Museum, które zostało wybudowane przez rząd australijski na cześć poległych tu Australijczyków. Wstęp jest darmowy, wolne datki na jego utrzymanie mile widziane. 

Budynek muzeum jest niewielki i bardzo zadbany. Zwiedzanie go nie zajmuje wiele czasu, lecz warto poświęcić około pół godziny aby obejrzeć film wprowadzający w temat oraz posłuchać historii jeńców, którzy przeżyli budowę kolei śmierci. W tym celu w recepcji otrzymujemy zestawy słuchawkowe i mapę okolicy. Nagrania zostały przypisane do konkretnych miejsc w muzeum oraz na mapie.

Najciekawszym punktem wizyty w Hellfire Pass Memorial Museum jest spacer po okolicy. Z powodu zagrożenia pożarowego tylko około 2,5 kilometra trasy jest otwarte dla zwiedzających. Wystarczy jednak, żeby dotrzeć do najtrudniejszego odcinka pracy przy budowie kolei zwanego „Hell Fire Pass”, gdzie ponad 70 osób skatowanych zostało na śmierć przez japońskich strażników.

Schodzimy w dół specjalnie dla turystów wybudowanymi schodami. Upał niesamowity, 42 stopnie, słońce praży niemiłosiernie, drzewa wysuszone na wiór nie mają żadnych liści i nie dają przez to cienia, skazani jesteśmy na spacer w tym skwarze. Pot zaczyna się z nas lać ciurkiem. Nie wyobrażam sobie jak w takim upale można było pracować. Dobrze, że zabraliśmy ze sobą wodę.

Docieramy do czegoś w rodzaju półki skalnej stromego zbocza, gdzie co kilkanaście metrów widać pozostałości oryginalnych drewnianych podkładów pod tory. Przechodzimy przez wąski tunel, również wyryty w sklale, na końcu którego znajduje się płyta upamiętniająca wszystkich poległych w latach pracy nad budową kolei śmierci w latach 1942 – 1945.

Największe wrażenie zrobiły na mnie opowieści ludzi, którzy przetrwali tamte czasy oraz kartka, którą właśnie w Hell Fire Pass umieszczono. Napisał ją mały Mason, członek rodziny jednego z jeńców. Dzieciak nie miał okazji poznać swojego bohatera – wujka Billa, który zginął przy budowie kolei śmierci.

Zobaczcie na filmie oraz zdjęciach:

Smutne miejsce, chwytające za serce opowieści prawdziwych ludzi. Nie da się przejść obok tego tematu obojętnie. II Wojna Światowa to były straszne i okrutne czasy, dotknęła miliony ludzi na całym świecie, nie tylko w Polsce czy w Europie. I o tym warto pamiętać.

Reklamy