Kanion Pha Chor


 Niedzielny wypad za miasto, prawie, zakończył się fiaskiem. Z przygodami, ale jednak dotarliśmy do Pha Chor.

Już od dawna planowaliśmy dotrzeć do kanionu Pha Chor, zwanego przez niektórych skalnym lasem (Rock Forest). W ostatnią niedzielę wyruszyliśmy na wycieczkę w tym kierunku. Wklepałam Pha Chor w nawigatora i wybrałam najkrótszą trasę do kanionu.

Kierujemy się na południe drogą 108, mijamy Hang Dong, Sanpathong, i po minięciu szkoły Wat Wangkampom School wykonujemy U-turn. Za szkołą skręcamy w lewo. Zobacz mapę tutaj. Droga prowadzi pomiędzy zabudowaniami, typowymi dla wiejskich klimatów. Im dalej się poruszamy tym mniej domów spotykamy. Po około 9 kilometrach nawigator pokazuje skręt w lewo. Nie jestem przekonana co do tego wyboru, gdyż to droga piaszczysta i wyboista, wprawdzie widać ślady kół, i to dosyć świeże, ale coś mi tu nie pasuje. Oczywiście mój małżonek zgrywa bohatera i twierdzi, że to dosyć uczęszczana droga i abym się nie martwiła, przecież mamy napęd na czter koła, jakby co. No właśnie, to „jakby co”, mnie nie przekonuje.

Jedziemy jednak dalej. Kierowca wie lepiej. Mijamy parę na motocyklu, która z wielkim mozołem stara się pokonać głęboki piach. Nam nie sprawia to problemu. Kiedy oczom naszym ukazuje się wielki dół już wiem, że zabłądziliśmy. Oczywiście Gary nie chce zawrócić. „Objedziemy ten dół z drugiej strony, może tam jest dalsza droga” – mówi.

Przejeżdżamy przez coś w rodzaju zapory wodnej, z tą różnicą, że wody tu nie widać. Po drugiej stronie wykopaliska widać jakieś samochody ciężarowe, koparki itd. Widocznie przygotowują nowy zbiornik wodny na wypadek suszy, która często dotyka Tajlandię. Czas najwyższy,  aby zaczęli planować gospodarkę wodną tego kraju. Przez dziesięciolecia, to wieśniacy najbardziej cierpieli w porze suchej, kiedy deszcze raczej nie padają,  a pola uprawne aż proszą się o podlanie czy nawadnianie. W tym roku również widać efekty zbyt skąpych opadów, nawet w porze deszczowej. Pola ryżowe, które powinny stać w wodzie, całkowicie wyschły i wiele upraw upada z powodu suszy. Lasy są tak wysuszone, że wiele drzew i roślin padło i zobaczyć można tylko ich kikuty. Ściółka leśna to tylko szeleszczące liście, lub niestety wypalone przez pożar zgliszcza.

Docieramy na przeciwległą stronę wykopaliska i oczywiście znajdujemy się w centrum budowy, ciężarówki wożą piasek z dołu na górę, koparki go wykopują. Co my tu robimy? Już się wkurzyłam, bo w tym upale 37 stopni i tumanach ogarniającego nas kurzu na pewno nie mam ochoty na zwiedzanie. A mój małżonek był w swoim żywiole. Jego bajka i zabawki, i to tak blisko. Cieszył się jak dziecko.

Ja nie byłam tak zachwycona tym widokiem, więc kazałam mu zawracać. W drodze powrotnej małżonek nie dał za wygraną i zdecydował, że zanim dotrzemy do głównej drogi to spróbuje jeszcze innych skrótów i skręcił w jedną z leśnych dróg. Ta wiła się pomiędzy kikutami i pozostałościami roślinności jaka w porze deszczowej zapewne tu bujnie rośnie. W pewnym momencie i ta urwała się i dalej można by było poruszać się wyłącznie pieszo, albo może i motorem. Stanęliśmy. Gary wyszedł z samochodu i zaczął się głośno śmiać. Ciekawa powodu jego nagłej radości wyszłam z auta i ujrzałam nasze piękne, wypolerowane, białe auto pokryte doszczętnie piachem i kurzem. Rudo-beżowym. 

W tym samym momencie usłyszałam warkot motoru. Lokalny wieśniak, albo pracownik budowy podążał aż tutaj za nami, aby nas pokierować na właściwą drogę. Kiedy powiedziałam Pha Chor, zaczął coś tłumaczyć nam po tajsku, ale widząc, że nie rozumiemy wykonał wielki łuk ramieniem dając nam do zrozumienia, że musimy zawrócić i objechać do celu z innej strony. Uśmiechnęliśmy się do niego i podziękowaliśmy grzecznie za pomoc.

Zawróciliśmy do głównej, asfaltowej już drogi i po paru kilometrach dotarliśmy do punktu kontrolnego Parku Narodowego, gdzie za osobę zapłaciliśmy po 100 Baht i 30 Baht za auto. Skręciliśmy w pokrytą żwirem, krętą drogę i po przejechaniu 5 kilometrów dotarliśmy do pierwszego parkingu. Jednak drogowskaz wskazywał, że do punktu widokowego należy podążać dalej w górę. Tak też zrobiliśmy. Na samym szczycie zaparkowaliśmy „brudasa” i udaliśmy się do punktu widokowego. Tak jak przypuszczałam, widoków prawie żadnych. Nie z powodu ich braku lecz z powodu smogu.

Uprzedzam każdego kto wybiera się w góry w miesiącach luty, marzec i kwiecień – nie zobaczycie nic. Nie dość, że sucho, roślinność padnięta i w opłakanym stanie to strumyki i wodospady bez wody. Nie polecam. Jedźcie lepiej nad morze.

W miejscu punktu widokowego znajduje się mała kawiarenka, gdzie można się posilić oraz wypić kawę lub schłodzone napoje. 

Wyruszyłam schodami w dół, mijając co chwila grupki Tajów czy Chińczyków fotografujących siebie nawzajem w przeróżnych ujęciach czy robiących „selfie”.

U podnóża około 60-ciu schodów dostrzegam strzałki, w lewo do parkingu, i w prawo do kanionu. Mam jeszcze do pokonania około 300 metrów, więc podążam w kierunku Pha Chor czymś w rodzaju wąskiego, wydrążonego w skałach wąwozu. Co kilkadziesiąt metrów napotykam tabliczki informujące o rosnących tam rzadkich drzewach i kwiatach.

Przed samym kanionem muszę pokonać dodatkowe schody. Nie polecam nikomu ze słabą kondycją ani osobom starszym, a w szczególności w prawie 40 stopniowym upale.

Na samej górze kilka stolików pod zadaszeniem, gdzie co mniej wytrzymali łapią oddech. Ja nie zatrzymuję się. Chcę jak najszybciej wrócić do schłodzonego auta.

Przy barierce odgradzającej kanion ostatania tabliczka informacyjna ze zdjęciami skał. Ostatnie też schody w dół pokonuję niestety powoli, z powodu dużej ilości turystów. Każdy pstryka zdjęcia sobie oraz innym. Ciężko ich wyminąć. 

W samym kanionie poruszać się można wyłącznie po schodach oraz specjalnym podeście. Do skał nie ma dostępu. Klikam kilka zdjęć oraz nagrywam filmy i jak najszybciej uciekam z tego upału. Droga powrotna prowadzi tylko w jednym kierunku. Nie można wrócić tymi samymi schodami, którymi się przyszło, bo następni turyści blokują drogę.

Staram się szybko pokonać jeszcze węższą ścieżkę, co nie jest takie łatwe. Wystające kamienie i gałęzie kaleczą mi kolana. Nastęna rada – do Pha Chor wybierz się w długich spodniach i wygodnych butach. Mijam jedną z „mądrzejszych’ Chinek, która z trudem pokonuje kamienistą ścieżkę w eleganckich bucikach na obcasie. Musiała się mocno trzymać swojego partnera, aby nie powykręcać kostek.

Wąski kanion łączy się ze ścieżką, która prowadzi do parkingów. Decyduję się na parking dolny i dzwonie do męża, który siedzi sobie w kawiarence i popija kawę. Po paru minutach zjawia się z dużym kubkiem coli z lodem. Co za ulga. Jaki kochany mąż.

Wracamy do domu już inną drogą. Zobacz na mapie.

Pha Chor zaliczyłam oraz odhaczyłam z listy miejsc do zobaczenia w okolicach Chiang Mai. Czy wrócę tu? Nie wiem. Może jeśli któś mnie zmusi, ale będzie to na pewno wycieczka połączona ze zwiedzaniem innych atrakcji, jak na przykład wodospady w parku Doi Inthanon czy sama góra Doi Inthanon.

Zobaczcie moją wizytę w Kanionie Pha Chor:

Reklamy