Na północy Tajlandii


Pogoda pod psem. Prognozy pogody na najbliższe dni nie wyglądają pomyślnie. Deszcz i temperatury w dzień w okolicach 23-25 stopni. W Tajlandii to prawie zima.

Mamy parę dni wolnego od pracy, wyruszamy więc w podróż na północ Tajlandii,  ku granicy z Myanmar. Mijamy Chiang Dao, gdzie znajduje się piękna jaskinia. Więcej na blogu – Jaskinie w Chiang Dao. 

Przejeżdżamy Park Narodowy Pha Daeng. Po drodze kilkakrotnie mijamy punkty kontrolne, gdzie strażnicy przygraniczni sprawdzają głównie Tajów lub Birmańczyków czy nie przewożą narkotyków. Te rejony Tajlandii znane są z produkcji opium. Więcej o tym poczytaj na blogu – Golden Triangle – Złoty Trójkąt. Nam tylko machają lub salutują i przepuszczają bez kontroli. A szkoda. Chciałam zobaczyć jak sprawdzają nasze auto. Poczuć dreszczyk emocji oraz ulgę, że niczego nie znaleźli.

Poruszamy się górskimi, krętymi drogami, jednak w miarę dobrymi bo w większości pokrytymi asfaltem. Oczywiście podziwiamy piękne widoki. Mijamy typowe tajskie wioski.

Dojeżdżamy do niewielkiej przygranicznej miejscowości Ban Arunothai.

Zobacz trasę na mapie.

Wyraźnie widać tu wpływy kultury chińskiej, domy inne niż tajskie, ozdoby, świątynie i napisy po chińsku. Dla nas to nie robi większej różnicy, jako że ani tajskie  ani chińskie szlaczki nic nam nie mówią.

Zatrzymujemy się na posiłek w lokalnej restauracji. Lokalizacja restauracji Tayong Yunnan Noodle Restaurant na mapie

Pałaszujemy zupki z kluskami i z pełnymi brzuszkami wyruszamy ku granicy. Kiedy docieramy do zwykłego szlabanu, zapewne zaskoczony widokiem nadjeżdżającego auta strażnik salutuje nam i na migi pokazuje, że dalej nie ma przejazdu. Musimy więc zawrócić.

Poruszamy się wzdłuż granicy z Myanmar i podziwiamy piękne góry po tamtej stronie granicy. W gąszczu traw i krzewów zauważamy dziwne pomniki z chińskimi napisami. Kiedy zatrzymujemy się stwierdzamy, że to jakiś zapomniany cmentarz. Widocznie część społeczności tego regionu jest, lub była wyznania katolickiego  i stąd te groby chrześcijańskie. Piękne i okazałe pomniki.

Postanawiamy poruszać się na wschód wzdłuż granicy z Myanmar i dotrzeć do Ośrodka Angkhang Nature Resort. Lokalizacja ośrodka na mapie.

Nasze zdjęcia i filmiki z trasy obejrzyj poniżej:

Niestety im wyżej wjeżdżamy w góry tym większa mgła i mniejsza widoczność. Żałujemy, że nie możemy podziwiać widoków, gdyż górki są dosyć wysokie. Dodatkowo zaczyna mżyć, albo jedziemy w chmurach i jest tak duża wilgotność. Temperatura na termometrze wskazuje 13 stopni. Zakładamy bluzy. Zima na całego.

Zaczyna się ściemniać. Postanawiamy zjechać z gór i poszukać noclegu.

G chce spróbować typowo tajskiego noclegu więc lądujemy w ‚Bamboo Bungalows’ w miejscowości Fang. Zobacz lokalizację na mapie.

Warunki hmmm….. surowe. Ale za 350 Baht (35 zł) nie spodziewamy się luksusów. Nasz domek przypomina chatkę z filmu ‘Flintstones’ pokrytą strzechą. Ściany jakby ulepione z gliny i pomalowane na kolor czerwonawy. Wewnątrz łóżko, wykonane z tego samego materiału co ściany, oczywiście twarde jak deska. Półki i krzesło również ulepione z gliny. Telewizor i wentylator na wyposażeniu. Internet świetny. Z tyłu domku znajdowała się łazienka, pod gołym niebem. Toaleta, umywalka, z której woda nie spływała do rury tylko na podłogę, co w pierwszej chwili mnie wystraszyło, bo myjąc ręce nagle stałam w kałuży wody. Zimnej oczywiście. Woda miała być ciepła i grzejnik niby był na ścianie, ale chyba gaz w butli się skończył. 

Witaj przygodo.

Pytamy sympatycznego strażnika czy w pobliżu są jakieś restauracje. Podekscytowany macha ręką w kierunku głównej drogi i łamaną angielszczyzną wyjaśnia, że zjemy tam kurczaka z ryżem. Kierujemy się tam i ku naszemu zdziwieniu przy drodze nie znajdujemy nic oprócz młodej dziewczyny pilnującej kurczaka na przydrożnym grillu.

Nie mamy wyboru i zasiadamy na czymś w rodzaju przystanku, na stół wjeżdżają dwie porcje ryżu, w woreczku oczywiście i po dwa skrzydełka kurczaka na osobę, w kolorze czerwonym.  Zastanawiam się od czego zacząć. Próbuję kurczaka i stwierdzam, że podzielę się tym smakołykiem z kotkiem, który się pojawił nie wiadomo skąd. Za nim pojawia się nasz strażnik, który oferuje nam lokalny bimber w brązowej butelce. Nie pozostaje nam nic innego jak się upić z ‚lokalasem’. Po pierwszym łyku stwierdzam, że ta wódka smakuje jak japońska sake. Niezła. Jako, że my nie pijemy alkoholu (w większych ilościach), pozostałość w butelce wręczamy strażnikowi, który kłania się nam wpół z radości i wdzięczności. No i zrobiliśmy dwa dobre uczynki dzisiaj. Nakarmiliśmy kotka i upiliśmy strażnika.

Wracamy do chatki. Oglądamy jakiś film na internecie. Po nieprzespanej nocy wyruszamy w dalszą drogę skoro świt. Oby tylko pogoda się poprawiła. 

Zobacz naszą dzisiejszą trasę na mapie tutaj.

Reklamy