Malika Hot Springs


Tajskie łóżka to nie moja bajka. Człowiek nawet nie ma ochoty na „romantyzm na desce”. 

Gdzieś koło 5 nad ranem budzą nas odgłosy ptactwa, nie tylko domowego. Nie możemy już zasnąć, więc po szybkim, lodowatym prysznicu wyruszamy w dalszą drogę.   

Kierujemy się na wschód. Chcemy dotrzeć do miejscowości Maesalong, która słynie z plantacji herbaty.

Mąż oczywiście prowadzi, a ja pilotuję. Taki z nas zgrany duet. W odwrotnej kolejności daleko nie zajechalibyśmy. Bynajmniej nie z powodu moich umiejętności kierowania pojazdem, ale przede wszystkim z braku orientacji przestrzennej pana G. Z pewnością zgubilibyśmy się w gąszczu tajskiej dżungli niezrozumiałych znaków drogowych.

Mam do dyspozycji nawigację w aucie, której z reguły nie warto słuchać. Niejednokrotnie nas wyprowadziła w pole czy kierowała na wiejskie drogi. Tajski wynalazek. Ja używam dwóch telefonów z nawigacją. Jeden w iPhonie, ale nie zawsze trafny wybór. Drugi w Samsungu, z  mapami Google’a. Niezawodna. Na nich dodatkowo wyświetlane są punkty widokowe, ciekawe miejsca do zwiedzenia czy zobaczenia, hotele, restauracje, stacje benzynowe, itd. Polecam każdemu szczególnie na tajskich drogach.

Jadąc więc na wschód od naszego ostatniego ‚tajskiego’ noclegu szukam na mapie co moglibyśmy po drodze zobaczyć, gdzie możemy wstąpić na kawę czy coś zjeść.

Zauważam na mapie znak z napisem Gorące Źródła „Malika” (Malika Hot Springs). Postanawiamy zaglądnąć.

Zjeżdżamy około 300 metrów z głównej drogi i zauważamy unoszące się opary. To tutaj.

Podjeżdżamy na dość spory plac, coś w rodzaju parkingu. Oczywiście pusto. Nie wiemy czy to ze względu na wczesną porę czy na pogodę. Przechadzam się dookoła i pstrykam kilka fotek. 

Z boku parkingu widzę jakby zadaszenie, coś w rodzaju miejsca piknikowego, toalety oraz jakąś budkę. Może to był sklepik, czy budka strażnika. Nie mam pojęcia. Żadnych znaków, napisów ani informacji co to za miejsce.

Może jacyś turyści czy ‚lokalni’ zaglądają tu od czasu do czasu. Jednak odnosimy wrażenie, iż jak to z większością tajskich inwestycji, ktoś zaczął budowę i rozkręcił interes, a potem albo zabrakło chęci, albo pieniędzy, żeby zachęcić turystów i utrzymać się na rynku. A szkoda.

No cóż. To jest właśnie Tajlandia. 

Ruszamy w dalszą podróż na północy Tajlandii. Zapraszam na następny wpis z krótkiej wizyty pośród herbacianych plantacji w Maesalong.

Reklamy