Znalazłam szczęście, na emigracji.


Wróżka przepowiedziała mojej cioci Krysi: „Twoja siostrzenica ma złego męża, niedobry jest on dla niej. Ale ona będzie szczęśliwa, wyjedzie z kraju, daleko, za wielką wodę”.

Nie wierzyłam wtedy. Zresztą nigdy nie wierzyłam wróżkom. Jednak jak to się mówi „ziarno zostało zasiane”. Wierzyłam, że jeszcze będę szczęśliwa. Był rok 1995.

Dzisiaj, 14 października 2015, mija dokładnie dziesięć lat od chwili kiedy wylądowałam na lotnisku w Luton. Dokładnie 14 października 2005 roku wyjechałam z Polski.

Ja, kobieta „po przejściach”. Rozwódka, samotna matka, po dziesięcioletniej walce z polskim systemem sądowym o alimenty dla mojej, wtedy 12-letniej córki. Nauczycielka, z pensją nauczyciela mianowanego, z kredytem na mieszkanie rozłożonym na 25 lat. Kobieta sfrustrowana codzienną szarpaniną o przetrwanie, o przeżycie od pierwszego do pierwszego.

Miałam żal przede wszystkim do siebie, że nic nie robię aby to zmienić, aby zawalczyć o swoje szczęście. Chciałam wyjść z długów. Chciałam odmienić życie swoje i córki. Chciałam być szczęśliwa.

10 lat temu postanowiłam zaryzykować. 10 lat temu postawiłam wszystko na jedną kartę. 10 lat temu wyjechałam z kraju.

Tu cofnę się w czasie. Pod koniec września 2005, siedziałam na jakimś czacie w internecie. Dla rozrywki i z ciekawości czytałam wypowiedzi ludzi o ich doświadczeniach, życiu i pracy za granicą. Tak naprawdę miałam nadzieję, że poznam kogoś kto mi pomoże coś zmienić w moim życiu. 

To G zaczął rozmowę. Po kilku zdaniach grzecznościowych spytał czy chcę przyjechać do Anglii. Potrzebował opiekunki do dzieci. Spytał tylko ile czasu potrzebuję aby wszystko zorganizować. Byłam zaskoczona pytaniem, więc odpisałam na odczepnego, że około dwóch tygodni. Wymieniliśmy jeszcze kilka zdań i skończyliśmy rozmowę. Na następny dzień ponownie weszłam na czat. G napisał, żebym mu podała imię i nazwisko oraz adres mailowy. Po kilku minutach niezobowiązującej rozmowy poprosił abym sprawdziła maila. Znalazłam tam bilet do Luton na 14 października. Byłam w szoku. Jednak dlaczego nie miałabym zaryzykować i spróbować szczęścia? Od wejścia Polski do Unii w 2004 roku tyle ludzi wyjechało z kraju. Pomyślałam tylko „raz kozie śmierć”.

Wróciłam do domu i po rozmowie z mamą zdecydowałam, że jadę. Chciałam tylko spłacić ten cholerny kredyt, odłożyć na czarną godzinę i wrócić po paru miesiącach, najwyżej roku.

14 października 2005. Lot Katowice – Luton. Pięć telefonów do różnych osób w kieszeni, znajomych  znajomych, tak w razie konieczności, gdybym sobie nie poradziła lub potrzebowała pomocy. Niewielka walizka, bo nie wiedziałam jak długo zostanę. Sto funtów w kieszeni, bo na tyle mogłam sobie pozwolić.

Leciałam z rozdartym sercem, bo zostawiam mój kraj, moje rodzinne miasto, moją rodzinę, a przede wszystkim córkę, która wtedy najbardziej potrzebowała mamy. Kilkakrotnie wycierałam ukradkiem łzy cieknące mi po policzkach. Mówiłam sobie w duchu: „to tylko na trochę, wytrzymasz, tyle przeszłaś w życiu, dasz radę”.

Na lotnisku czekał na mnie G. Chyba był bardziej wystraszony niż ja. Z drogi z lotniska do jego domu pamietam tylko jak strzeliła opona w aucie, jak mnie zostawił na poboczu autostrady w poszukiwaniu mechanika. Przespałam wtedy chyba trzy godziny w samochodzie. Ze zmęczenia i wyczerpania płaczem.

Po miesiącu byłam z powrotem w Polsce. W odwiedziny. G dbał o to abym miała jak najczęstszy kontakt z bliskimi. Na Boże Narodzenie ponownie pojechałam do kraju. Po sześciu miesiącach dołączyła do mnie Ola. Od września rozpoczęła naukę w szkole w Anglii i skończyła ją z sukcesem. Obecnie kończy studia magisterskie. Jestem z niej bardzo dumna 🙂

Kredyt mieszkaniowy spłaciłam po trzech latach pracy w UK.

We wróżbę dalej nie wierzyłam, choć wyjechałam z kraju. Za wodę. W końcu Wielka Brytania to wyspa. Myślałam, że na tym kończy się moje przeznaczenie jakie przepowiedziała wróżka. Myliłam się. W styczniu 2013 wyemigrowliśmy daleko. Do Tajlandii. Jednak wróżka miała rację. Za wielką wodę.

Po pierwszym rozwodzie obiecałam sobie, że nigdy w życiu nie wyjdę ponownie za mąż, że nikt już nie wyrządzi mi takiej krzywdy fizycznej i psychicznej jak mój „eks”.

G jest inny. Wiem, że zawsze mogę na niego liczyć. Wiem, że on nigdy mnie nigdy nie skrzywdzi, nie zawiedzie. Kiedy jestem zmęczona, karze mi się położyć i odpocząć, a on w ty czasie przynosi mi herbatę i masuje stopy. Gdy mam „doła” przytuli. Kiedy nie umiem sobie z czymś poradzić, pomaga. Kiedy jestem bliskim wybuchu wulkanem, rozumie i rozmawia albo daje mi ochłonąć w spokoju. Zawsze jest przy mnie.

On nigdy nie podnosi na mnie głosu. Nigdy też nie powie „nie”. Jak się go pytam dlaczego, odpowiada, że chce abym była szczęśliwa, bo gdy ja jestem szczęśliwa to i on jest szczęśliwy. Pewnie niektórzy myślą sobie – „Na pewno. Gdzie są tacy faceci? Tacy nie istnieją”

Może i nie istnieją, bo każdy ma swoje wady. G też je ma. Dla mnie jest ideałem kochającego męża. A najważniejsze, że przy nim mam to cholerne poczucie bezpieczeństwa. 

Przy nim znalazłam swoje szczęście.

Szczęście na emigracji.

Reklamy