„Głową muru nie przebijesz” czyli jak się zaczął nowy rok szkolny


Minął właśnie pierwszy tydzień nowego roku szkolnego w mojej szkole, a ja już mam dość.

Nie dość, że upały niemiłosierne, rano o 7 w drodze do pracy termometr wskazuje 30 stopni w cieniu, a gdy wracamy jest dobrze ponad 40 stopni, to na dodatek praca całkowicie nie jest zorganizowana.

Podziały godzin się nie zgadzają i co drugą lekcję dowiaduję się o tym od uczniów, bo nikt z dorosłych nie ma odwagi nas poinformować o zmianach. Oczywiście jest to powiązane z kulturą tego kraju, gdzie nikt nie chce Ci zrobić przykrości czy też sam nie przyzna sie do błędu, aby nie utracić honoru. Paranoja.

Z jednej strony to mogłabym olać i siedzieć w pokoju, ale z drugiej strony to chciałabym już wiedzieć ile lekcji uczę w tygodniu, które klasy i w jakich salach.

Poza tą niedogodnością, mój plan zajęć jest napisany tymi tajskimi szlaczkami, których nie potrafię odszyfrować i musiałam cały pierwszy tydzień prosić o tłumaczenie oraz pytać o szczegóły.

Oprócz spraw organizacyjnych, dalej nie wiemy jakiego programu się trzymać. Z jednej strony to mi nie przeszkadza, ale z drugiej strony to człowiek chciałby wiedzieć co ma tych studentów uczyć i czego wymagać na testach, które musimy przeprowadzać co miesiąc. Stosujemy więc „wolną amerykankę” czyli uczymy co nam się żywnie podoba.

Ostanią rzeczą, która wkurzyła mnie i mojego męża jest fakt iż pracujemy w różne dni. Nasz college ma dwuzmianowy system i niektóre klasy mają zajęcia od poniedziałku do piątku, a inne pracują od wtorku do soboty. I oczywiście nas przydzielono do różnych zmian, co jest dla nas niezbyt komfortowym rozwiązaniem ze względu na dojazdy oraz życie rodzinne. Nikogo to nie obchodzi. 

Mogłabym powiedzieć TIT („This is Thailand”) ale dla kogoś kto pochodzi z innej kultury czy przyzwyczaił sie do zachodniego systemu szkolnictwa, gdzie dokładnie wiadomo „co, gdzie i kiedy” i to z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, to praca w tym „kraju uśmiechu” może jednak wydawać się stresująca.

Polskie przysłowie mówi: „głową muru nie przebijesz” . W tym wypadku – szkoda głowy,  bo  nic na ich system nie poradzisz oraz nikt nie zmieni ich kultury.

Zostaje mi tylko powtarzać sobie po tajsku: „mai ben rai” czyli „ nie przejmuj się”.

Macie jakieś pomysły jak nauczyć sie ignorować rzeczy, na które nie macie wpływu? Jak przystosować się do innej kultury czy zwyczajów na emigracji?

Reklamy