Niedzielny wypad na kawę do Doi Pui i wioski Ban Khun Chang Khian Christendom


Niedziela, czyli wypad za miasto. Tym razem w góry. Padło na Doi Pui.

Doi Pui to masyw górski leżący w obrębie Parku Narodowego Doi Suthep. Odległość do najwyższego szczytu Doi Pui (1,685 mnpm)  to 10 km w linii prostej od Chiang Mai, jednak krętą górską drogą musimy pokonać około 28 kilometrów.

Najpierw podążamy szeroką asfaltową drogą w kierunku Świątyni Doi Suthep. Po następnych 5 kilometrach mijamy Pałac Bhupin. Od tego miejsca asfaltowa droga znacznie się zwęża i jest w zdecydowanie gorszym stanie. Dużo kolein i dziur.

doi suthep pui

Kiedy dojeżdżamy do bramy z napisem Hmong Village droga rozwidla się, a my skręcamy ostro w prawo. Tu zaczyna się niezła jazda. Co chwilę skręt, często 180 stopni, ostro pod górę albo w dół, niejednokrotnie na krawędzi spadzistego stoku. Droga jest tak wąska, że jadąc samochodem musieliśmy się zatrzymywać aby przepuszczać podążające w przeciwnym kierunku motocykle. Aby uniknąć kolizji przed każdym zakrętem ustawiono znaki nakazu ostrzegania nadjeżdżających pojazdów sygnałem dźwiękowym.

Kiedy docieramy do punktu kontrolnego parku narodowego skręcamy w lewo. Mimo ustawionego szlabanu ruszamy autem pod górę. Jakiś Taj macha do nas, prawdopodobnie daje znaki, że dalej można podążać tylko pieszo. Jednak mając na uwadze wiek moich teściów (76 i 79) nie ryzykujemy forsownego marszu na szczyt.

Podjeżdżamy na coś w rodzaju miejsca piknikowego, skąd na szczyt prowadzi już wąska ścieżka. Dalej wybieram się sama. Pokonuję kilkadziesiąt schodów w dół. Spacer malowniczą alejką, w otoczeniu dziwnie wyglądających drzew, to dalsza część wędrówki. Klikam kilka zdjęć.

Maszeruję jakby podłużnym masywem szczytu, z obu stron stromy spad. Staram się podejść jak najbliżej przepaści zobaczyć jak stromo, ale lepiej nie będę ryzykować. Niektóre miejsca przypominają mi nasze polskie góry i charakterystyczną limbę na szczycie Trzech Koron w Pieninach.

Przez drzewa staram się wypatrzeć jakichś krajobrazów, bo jak słyszałam z opowiadań, to jedno z piękniejszych miejsc widokowych w parku. Niestety, już od kilku tygodni smog pokrywa północne rejony Tajlandii i niewiele udało mi się zobaczyć. Będę musiała tu wrócić w porze deszczowej, kiedy powietrze jest bardziej przejrzyste.

Mimo tego podziwiam drzewa, charakterystyczne sosny, oraz motylki, którym udało mi się zrobić kilka zdjęć. Żałuję, że najpiękniejszy z nich, a naprawdę był duży, w kolorach biało – pomarańczowo- czarnym, nie był tak przyjazny jak te mniejsze.

1. Butterfly

Ten mi uciekł (zdjęcie z internetu) – piękny okaz

Po przejściu ok 350 metrów docieram  na szczyt, gdzie znajduje się mała ławeczka dla znużonych turystów. Nie zatrzymuję się tu na dłużej, gdyż wszyscy czekają na mnie w aucie a widoków żądnych nie dojrzę przez dym.

Wracam w miarę szybko, a po pokonaniu schodów zaczynam odczuwać upał. Całe szczęście klima w samochodzie działa sprawnie.

Wracamy do głównej drogi i przy strażnicy skręcamy w lewo. Drogowskaz pokazuje kierunek do wioski Ban Khun Chang Khian Christendom. Co za nazwa!

Droga nadal jest kręta i wąska. Dodatkowo znika asfalt. Bez napędu na cztery koła byłoby ciężko. A w porze deszczowej to obowiązkowo, gdyż droga zamienia się w gliniasty potok.

Po pokonaniu około dwóch kilometrów docieramy wreszcie do wioski.

Zobacz położenie wioski Ban Khun Chang Khian Christendom na mapie.

Życie wioski płynie tu swoim spokojnym rytmem. Drewniane domy pokryte dachem z blachy falistej to typowy tajski wiejski krajobraz. Ciekawość mnie zżera i zaglądam do jednego z nich.

To co zobaczyłam wewnątrz, jest pewnie dla wielu dziwne, ale tak wyglądają domy większości mieszkających na wsi Tajów. Podłoga to zwykłe klepisko, mebli prawie żadnych nie ma, kilka ławek zbitych z drewnianych desek, parę plastikowych krzeseł. W głębi jedynego pomieszczenia dostrzegam jakieś materace, kołdry i poduszki, to pewnie miejsce gdzie cała rodzina odpoczywa w nocy.

Największym dorobkiem rodziny jest telewizor, wokół którego toczy się życie.

Kobieta, zapewne mama piątki obecnych tu dzieci, trzyma w rękach wielkie sito i podrzucając na nim ziarna kawy, usuwa z nich łuski i niepotrzebne elementy roślin.

Wydawałoby się, że mieszkańcy tej wioski żyją bardzo prymitywnie, aczkolwiek kiedy wyszłam na zewnątrz zauważyłam kilkoro młodzieńców, każdy z komórką w ręce, przy wielu domach zainstalowane były anteny satelitarne, a nawet panele słoneczne. Widać cywilizacja dociera i w te zakątki świata i na pewno za kilka czy kilkanaście lat ich życie się zmieni. Czy jednak na lepsze?

 

Nie spotkaliśmy tu żadnego mężczyzny, pewnie pracują na plantacji kawy lub w jakiś inny sposób zarabiają na utrzymanie rodzin. Kilka kobiet z dziećmi siedzi przed domem.

Kilkoro chłopców z entuzjazmem gra w jakąś grę, do której używają małych szklanych kulek.

Przy wielu domach dostrzegam wielkie stoły, na których w słońcu suszone są ziarna kawy. To znak, że w mieszkańcy wioski specjalizują się w uprawie kawy.

Dwie małe kafejki po obu stronach niewielkiego placu zachęcają do wypicia uprawianej i produkowanej przez mieszkańców wioski kawy. Zamawiamy cztery porcje. Kobieta, właścicielka baru, sprzątająca oraz zmywająca naczynia w jednym, podaje nam kawę w porcelanowych filiżankach! Jakież miłe zaskoczenie, wysoko w górach, z dala od wszelkich cywilizacyjnych wygód, a tu taki luksus. Z pewną rezerwą upijam pierwszy łyk kawy. Powiem szczerze, że nie wszędzie w Tajlandii można się napić dobrej kawy, ale tym razem zostałam mile, i to po raz drugi zaskoczona. Mmmmmm … wszyscy jednogłośnie z zachwytem smakujemy każdy łyk tego szlachetnego czarnego trunku. Co za zapach i aromat. Pycha! Delektujemy się kawą w towarzystwie lokalnego kotka. Bardzo przyjazny i chyba głodny, bo nawet sucharki z naszego bagażnika mu smakowały.

Właścicielka pokazuje mi również dziwnie wyglądającą maszynę i objaśnia, że służy ona do wypalania kawy.

Zobacz galerę zdjęć z wycieczki:

Przed opuszczeniem wioski zakupujemy oczywiście paczkę lokalnej kawy, aby ponownie skosztować jej wybornego smaku w domu.

Wracamy do Chiang Mai, ale na pewno tu wrócimy, aby zobaczyć widoki ze szczytu Doi Pui,  a głównie dla tej wspaniałej aromatycznej kawy.

Reklamy