„Uważaj gdzie leziesz”


Tajlandia to „kraina uśmiechu” i każdy chciałby ją taką widzieć. Jednak są fakty, sytuacje i rzeczy, które niejednego z nas irytują.

Mnie osobiście, bardzo, a może i najbardziej, doskwierają na co dzień chodniki w miastach.

  •  Szlag mnie czasem trafia, gdy idąc chodnikiem, jeśli takowy w ogóle istnieje, a tu nagle wyrasta jak spod ziemi motor czy inny wartościowy pojazd „tubylca”. Dla niejednego Taja motor czy samochód to dorobek życia i nie może być zaparkowany na ulicy, bo szkoda aby ktoś go zadrapał czy przypadkowo uderzył. Musisz niestety zejść z drogi szanownemu pojazdowi i przemknąć pomiędzy szalonymi uczestnikami ruchu drogowego.
  • Nierówno położone płytki chodnikowe, dziury lub nagle kończące się chodniki to powszechny widok. Stajesz wtedy przed dylematem czy wejść na ulicę i ryzykować życie, podążać dalej czymś co miało być chodnikiem w planach jakiegoś projektanta, który się rozmyślił czy zmienił plany albo zabrakło dalszych funduszy.
  • Specjalną atrakcją każdego pieszego są ruchome płytki. Szczególnie po deszczu. Nic nie podejrzewając przemieszczasz się chodnikiem, aż tu nagle czujesz jak spryskuje cię coś mokrego, koloru brunatno- czarnego (zależnie od podłoża). Kilkakrotnie udało mi się „przyozdobić” świeżo odebrane z pralni bielutkie spodnie. Wzorek brązowych i czarnych kropek sięgał powyżej kolana. To co mi się wyrwało z ust niestety nie przeszło cenzury, a od tego czasu białe spodnie noszę tylko w porze suchej 🙂
  • Poza tymi niespodziankami chodnikowymi niejednokrotnie masz szanse wpaść na jakiś niedocięty pień drzewa, cześć słupa czy inne pozostałości prac remontowo-porządkowych. Szczególnie jest to niebezpieczne w nocy, gdy oświetlenie na danej ulicy jest zbyt skąpe. Musisz cały czas uważnie patrzeć pod nogi aby nie „wyrżnąć” w coś czy nie „wywinąć orła”. Mnie się niejednokrotnie udało. W zeszłym roku przez dwa miesiące miałam czarny paznokieć u nogi z powodu krwiaka, nie wspominając o siniakach na goleni. Maria była świadkiem 🙂
  • Wystające czy zwisające nie wiadomo skąd kable elektryczne są normą krajobrazu tajskich miast i miasteczek. Oprócz zahaczenia o druty, potknięcia się o nie, najgorszą opcją jest bliskie spotkanie z niezabezpieczoną końcówką kabla. Zastanawiam się czy kogoś poraził prąd. Pewnie tak.
  • Ewenementem są tu również wszelkie znaki, tablice reklamowe czy szyldy. Jeśli stoją na chodniku to z pewnością uda się je ominąć – w większości przypadków. Kilkakrotnie widziałam „farangów” potykających się o takie chodnikowe atrakcje. Znam przypadki osób, które nie tylko wywinęły orla na tych reklamach, ale i te które „przydzwoniły” w nie głową. Często takie tablice umieszczone są na wysokościach. Jednak na wysokościach dostosowanych do tajskiego wzrostu. Obcokrajowcy z reguły są wyżsi i jeśli nie mają oczu dookoła głowy to niestety kończy się to w szpitalu z paroma szwami na głowie.

Zobaczcie kilka przykładów „przyziemnych” pułapek:

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W Tajlandii każdy jest odpowiedzialny za siebie i swoje bezpieczeństwo, więc jeśli coś się komuś stanie to nikt nie wypłaci odszkodowania (chyba ze masz wykupione ubezpieczenie). Nikogo również nie pozwiesz do sądu za szkody wyrządzone czy doznane urazy. TIT 🙂

Co ja wam radze?

Uważaj więc gdzie leziesz, rozglądaj się ponad głową, a przede wszystkim zadbaj o bezpieczeństwo najmłodszych, jeśli się wybierasz na wakacje z rodzinką.

 

Trochę ponarzekałam sobie, ale mając na względzie obecny stan – grypa, a na zewnątrz 37 stopni w cieniu – wybaczycie mam nadzieję mój malkontencki nastrój.

Reklamy