„Olbrzym” – The Giant Tree


Niedziela rano. Co by tu zrobić z takim pięknym dniem?

Wsiadamy na motorek i ruszamy w kierunku gór.

W kierunku gór a dokładniej Doi Saket. Jest to dzielnica na północny wschód od Chiang Mai, położona pośród malowniczych gór oraz gąszczy lasów.

Postanawiamy ponownie dotrzeć do znanej restauracji na drzewie „The Giant Tree”. Zobacz na mapie.

Dlaczego ponownie?

Pamiętam parę tygodni temu wyruszyliśmy w kierunku Doi Saket, mając na celu ‘Olbrzyma’ (po angielsku ‘The Giant)’. Zaopatrzeni w nawigator w komórce, namiary na restaurację jaką podała strona na Facebooku i butelkę wody udaliśmy się na poszukiwanie naszego celu.

Nie jest to bynajmniej łatwe zadanie szczególnie, że  w Tajlandii większość znaków drogowych oraz drogowskazów jest w języku tajskim. Nie posiedliśmy jeszcze umiejętności rozszyfrowywania ich pisma więc nie mieliśmy co liczyć na jakiekolwiek przydrożne wskazówki.

Najpierw poruszaliśmy się drogą szybkiego ruchu numer 118 w kierunku Chiang Rai. Po 40 minutach jazdy (ok. 42 km) skręciliśmy w prawo na drogę 3005, dokładnie jak nam nawigator w komórce pokazywał. Oczywiście żadnych znaków czy drogowskazów do naszego celu nie zauważyliśmy.

Następnie skręciliśmy w lewo, jak nas kierował nasz nawigator, a dodatkowo przy skrzyżowaniu zauważyliśmy wiele drogowskazów. Zobaczcie na filmie gdzie nie należy skręcać.

Domyśliliśmy się, że jadąc w tym kierunku natrafimy na atrakcje turystyczne, a jedną z nich bę dzie ‘Olbrzym’.  Poruszaliśmy się jednopasmową, aczkolwiek asfaltową drogą.

Kiedy nawigacja ponownie kazała nam skręcić droga zmieniła się w betonową, która po paru kilometrach podróży zniknęła, a jej miejsce zajęła uklepana polna droga.

Wyżłobienia wskazywały, że któś tą droga się przemieszcza. Podążaliśmy więc dalej.

Poruszanie się po niej było nie lada wyczynem dla naszego skutera, niestety nie przystosowanego do dzikich tajskich bezdroży.

Kiedy i ta polna droga zniknęła, następne kilkadziesiąt metrów pokonywaliśmy po kamienistej ścieżce, która dodatkowo była tak stroma, że zrezygnowaliśmy z dalszej podróży.

Trochę byłam zawiedziona, jako że do celu nie było daleko. Oczywiście według naszej komórki, która dodatkowo zaczęła „świrować” i zmieniać cel naszej podróży. Dodatkowo słońce przygrzewało ostro oraz zaczęliśmy odczuwać niedogodności jazdy po wybojach.

Poddaliśmy się, ale z postanowieniem, że kiedyś dotrzemy do ‘Giganta’.


I to kiedyś miało miejsce dzisiaj. Tym razem lepiej przygotowaliśmy się do podróży. Dokładny adres oraz trasę na mapie wydrukowaliśmy przed wyjazdem. Kilka butelek wody, koszule z długimi rękawami oraz zapasowe baterie do telefonu i aparatu zapakowane.

No to w drogę.  Kask na głowę i dodatkowe tankowanie na pewno się przydało.

Jak poprzednio kierowaliśmy się drogą 188 w kierunku Chiang Rai.

Z drogi szybkiego ruchu skręciliśmy w na 3005.

Tutaj zrobiliśmy sobie krótki postój.  Sprawdziłam jeszcze raz nasze mapy i rozejrzałam się po okolicy. Znajdowaliśmy się w jakiejś wiosce, z każdej strony drogi stały domy jeden przy drugim. Identycznie jak polskie wioski, usytuowane wzdłuż głównej drogi.  Jednak tajskie domy, ich architektura oraz podwórka są całkiem odmienne od naszych.

Typowy tajski dom na palach. Tutaj na podwórku suszą w słońcu ziarna kawy.

Wiele domów jest drewnianych oraz pokrytych blachą falistą.

Odmienne są też wiejskie krajobrazy.

Wspomnieć muszę również o roślinności, która jest całkiem odmienna od naszej, europejskiej.

Cały czas towarzyszą nam drzewa palmowe, bambusowe czy bananowe.

Rosną tu one dziko, jak nasze przydrożne topole.

Kwiaty, które kwitną przez cały rok kuszą kolorami oraz egzotycznymi kształtami. Niejednokrotnie nie znam ich nazwy gdyż widzę je po raz pierwszy.

Rozglądałam się tak po okolicy,  a za moimi plecami takie cudo. Lokalna stacja benzynowa.

Jedziemy dalej. Tym razem nie słucham nawigatora w komórce i mijamy pierwsze większe skrzyżowanie z drogowskazami, gdzie nie należy skręcać.

Po około 5 następnych kilometrach dojechaliśmy do skrzyżowania, przy którym wśród gąszczy innych drogowskazów zauważyliśmy napis „The Giant”.

Skręcamy w lewo. Jesteśmy na dobrej drodze.

Od tej pory podążaliśmy wyłącznie za tymi znakami.

20150125_123912

Trasa wiedzie wzdłuż zboczy górskich porośniętych tajską  dżunglą, a w dole słychać szum wody. Miałam wrażenie, że co kilkaset metrów słyszę wodospady.

Na kolejnym postoju sprawdzam skąd dochodzi ten szum wody. Okazało się, że droga, którą podążamy wiedzie wzdłuż strumienia.

Jego dno stanowiły kamienie, a różnice wzniesień tworzyły niewielkie kaskady i wodospady, a szum wody spływającej po nich towarzyszył nam całą drogę.

Następny zjazd z głównej drogi. Wyraźnie widzę napis „The Giant 7 km”.

Zbliżamy się do celu. Droga robi się coraz bardziej kręta i węższa.

Czuć też chłodniejsze powietrze. Znak, że jesteśmy coraz wyżej.

Następny wynalazek Tajów. Wysokogórska stacja benzynowa czy olejowa.

Ostatni zakręt, ale my nie skręcamy.

20150125_131027 - Copy

Wizerunek króla Tajlandii, a pod nim malutki kierunkowskaz – ‚The Giant’ na wprost.

Zaczyna się parking do restauracji i wreszcie oczom naszym ukazuje się ‚Olbrzym”

The Giant Tree – Olbrzym

Stoję i podziwiam Giganta. Ogromny. Gałęzie ma chyba 20-metrowe. Wysoki na ok 30 metrów.

Do restauracji prowadzą podwieszane mosty, jeden z nich to wejście a drugi wyjście. Tablica przed wejściem informuje, że restauracja otwarta jest od 11 do 15.

Wchodzę na most.

Trochę się kołysze, co chwilę muszę się zatrzymać aby powstrzymać huśtanie.

Docieram na coś w rodzaju pomostu gdzie znajdują się stoliki i krzesła. To restauracja.  Z prawej strony zauważam wolny stolik oraz huśtawkę.

Od razu siadam w wielkim koszu zwieszonym na jednej z gałęzi ‘Olbrzyma’.

Zamawiamy kawę oraz pizzę, bo troszkę zgłodnieliśmy po wrażeniach z podróży oraz z nadmiaru świeżego powietrza.

Kawę podają w papierowych kubkach. Trochę byłam zaskoczona, bo za cenę 95 Baht za kawę można by sie spodziewać lepszej prezentacji. Pizza w miarę smaczna choć porcja minimalistyczna za 199 Baht. Przypuszczam, że przy takim przepływie turystów nie nadążają za myciem filiżanek i kubków, a porcje zmuszają do szybszego opuszczenia stolika i zwolnienia miejsca dla następnych odwiedzających, którzy napływają co chwilkę.

Rozglądamy się jeszcze po okolicy, podziwiamy widoki i opuszczamy ‘Giganta’.

Jak będziemy tu kiedyś w okolicy to na pewno zaglądniemy, aby nacieszyć się widokiem tajskiej dżungli oraz gór ze szczytu ‘Olbrzyma’. Jest to doskonałe miejsce ucieczki przed zgiełkiem miasta oraz  przystań dla szukających wytchnienia i relaksu.

Pod restauracją znajdują się pokoje hotelowe gdzie można skorzystać z noclegów.  Sprawdźcie tutaj.

Zobaczcie też galerię zdjęć:

Reklamy