Za czym kolejka ta stoi? Po wizę.


Kolejki kojarzą mi się z czasami mojej młodości, kiedy to półki w sklepach świeciły pustkami, a żeby cokolwiek zdobyć trzeba było wielu zachodów i sprytu.

Ja najczęściej stałam za papierem toaletowym, cukrem, czy też racjonowaną ‘kartkami’ przez państwo czekoladą oraz jej dodatkową porcją kiedy to rezygnowaliśmy z alkoholu. Pewnie nie wszyscy wiedzą o czym mówię.

Nie przypuszczałam, że wrócę się do tych kontrowersyjnych dla wielu czasów. Może nie w dosłownym tego słowa znaczeniu.

20141215_053941_Richtone(HDR)

Za czym tym razem ustawiliśmy się w kolejce? Bynajmniej nie za artykułami pierwszej potrzeby, bo w Tajlandii w dniu dzisiejszym kupisz prawie wszystko.

Raz do roku każdy obcokrajowiec musi odwiedzić biuro emigracyjne w celu uzyskania wizy zezwalającej na pobyt w królestwie, na okres dłuższy niż pozwala na to wiza turystyczna.

Jako, że pracuję jako nauczyciel obowiązuje mnie wiza ‘non-immigrant’, która występuje w kilku typach, ‘non-immigrant B’ to tzw. wiza biznesowa, zaś ‘non-immigrant ED’ to tzw. wiza studencka lub edukacyjna.

W ten dokument powinny się zaopatrzyć osoby pragnące zawrzeć jakąś inwestycję, otworzyć interes, prowadzić badania, działalność misyjną lub po prostu pracować czy studiować na terenie Tajlandii.

Termin ważności naszej rocznej wizy upływa w samo Boże Narodzenie, jednak postanawiamy nie czekać na ostatni moment i wybieramy się dwa tygodnie przed terminem. Podobno można starać się o przedłużenie wizy do 45 dni wcześniej.

Tu muszę uczulić każdego kto beztrosko wybiera się do biura o przedłużenie wizy na „ostatni dzwonek”, to uważajcie, bo każdy dzień zwłoki wiąże się z opłatami karnymi, a w najgorszym wypadku natychmiastowym wydaleniem z kraju. No może nie natychmiastowym, masz na to 24 godziny. 

Przed wizytą w biurze emigracyjnym należy skompletować plik dokumentów. Tajowie uwielbiają papiery i „robotę papierkową”. Wszystko musi być na papierze, z tysiącami pieczątek i podpisów. Czasami przyglądam jak panie i panowie urzędnicy z dumą przybijają pieczątki tu i tam. Jest to chyba podyktowane statusem społecznym jakim darzeni są urzędnicy państwowi. Dla przypomnienia na pierwszym miejscu hierarchii społecznej jest król, za nim mnisi buddyjscy, a na trzecim miejscu urzędnicy państwowi z nauczycielami włącznie. Pamiętajmy więc o tym wybierając się do jakiegokolwiek biura, witaj się stosując tajski ukłon ‘wai’ z kciukiem dotykającym nosa. Uśmiech obowiązkowy.

Wracamy do naszego pliku dokumentów.

Na szczęście zajmuje się tym nasz pracodawca. Mówiąc plik, mam na myśli pakiet blisko 40 stronicowy najróżniejszych papierów, poczynając od fotokopii paszportu, wcześniejszej wizy, pozwolenia na pracę, dyplomów ukończenia uczelni wyższej, certyfikatów ukończenia kursu TEFL (to dokument uprawniający do nauczania w Tajlandii), zaświadczenia o miejscu zamieszkania, jakichś zaświadczeń z urzędu miasta, zdjęć i nie pamiętam jakich jeszcze. Dodatkowo pracodawca przygotowuje pakiet certyfikatów i zaświadczeń potwierdzających zgodność działalności placówki z tajskimi przepisami prawa i administracji. Masakra. Samemu ciężko byłoby je wszystkie skompletować.

20141214_175129

Plik moich dokumentów

Mamy już dokumenty w ręce. Teraz jak tu zaplanować dzień pracy, aby wszystko załatwić w ciągu doby, a nie jest to takie proste.

Pani w biurze szkoły powiedziała nam, że aby się załapać na dany dzień, musimy stanąć w kolejce przed biurem emigracyjnym najpóźniej o 5 rano.

Nie chciałam jej uwierzyć, ale wytłumaczyła nam, że niektórzy zajmują miejscówki zaraz po zmroku dnia poprzedniego. Więc co mamy zrobić. Wsiadamy na „hondzię” o 4 rano, kiedy wszyscy jeszcze smacznie śpią i ruszamy.

20141215_042904_LLS

Jedziemy przez uśpione ulice miasta, nawet autostrada jakaś opustoszała. Miasto jeszcze śpi.

Wciskam ręce w kieszenie mojej kurtki (jak dobrze ze ja zabrałam ze sobą do Tajlandii), jako że temperatury w nocy spadają poniżej 20 stopni (brrr), i zaczynam myśleć, aby udało się nam załatwić wszystko w jeden dzień. Jeśli tak by się nie stało, musimy powtórzyć akcję dnia następnego, aż do skutku, bo przecież chcemy tu zostać, nie chcemy wyjeżdżać z „krainy uśmiechu”

Na razie to mi do śmiechu daleko.

Dojeżdżamy na miejsce o 4:30. Nie jest tak źle, myślę sobie. Około 15 osób kręci się przed drzwiami urzędu. Ale za to z boku oczom moim ukazuje się kolejka z ….. krzeseł. Na każdym z nich leżą jakieś papiery, torebki, torby. Kiedy pytam jednego z oczekujących gdzie mam się ustawić w kolejce on mnie pyta „A za czym?” Jak to za czym, myślę sobie. „Za wizą” odpowiadam niepewnie. On na to pokazuje mi kartki zwisające z dachu budynku z określonym typem wizy. Tuż pod każdą z nich stoją rzędy krzeseł. Teraz rozumiem o co chodzi. To nie jest jedna kolejka tylko cztery w zależności od wizy o jaka się ubiegasz.

20141215_081742

Kartki na dachu

Nasza kolejka to cztery krzesła. Nie jest tak źle jak myślałam. Ustawiam się na końcu, a mój informator pokazuje mi stos krzeseł za rogiem budynku. Uradowana że nie będę musiała stać przez kilka godzin ustawiam swoje krzesło na końcu kolejki. 

Godzina piata rano. ‚Moja’ kolejka wydłuża się do 20 krzeseł.

20141215_054249

Minęła 6 i kolejka urosła do 58 osób, wolnych krzeseł już dawno nie ma.

Czekamy dalej. 

Przyglądam się ludziom obok i tak sobie przypominam dawne komunistyczne czasy w Polsce, kiedy to kilometrowe kolejki wyczekiwały po kilka czy kilkanaście godzin, na upragniony towar przed sklepem. Ja najczęściej stałam za papierem toaletowym. A wy pamiętacie za czym staliście?

Jako nastolatka stałam kiedyś całą noc przed sklepem z butami. Kiedy na drugi dzień koło południa przyszła kolej na mnie, miałam w oczach łzy, a mną targały uczucia zwątpienia, rozczarowania i złości. Na półce sklepowej „ostały” się jedynie o dwa numery za duże oraz tak brzydkie buty, że do tej pory wstydzę się, że je musiałam nosić. Wyglądem przypominały krótkie gumiaki, takie za kostkę, z okrągłymi czubami, a kolor miały trudny do określenia, coś w tonacji wymiocin kota. Dzisiaj pewnie byłby to ostatni krzyk mody, ale wtedy to tak widziałam oczami nastolatki. Na moje szczęście stopy urosły mi w miarę szybko i pożegnałam się z „brzydalami” po dwóch latach. Takie to były czasy. Komuna miała swoje uroki i utrwaliła się w pamięci podobnymi wspomnieniami każdemu, kto te czasy pamięta.

Wracam do mojej obecnej, wprawdzie nie komunistycznej kolejki. Chociaż obserwując to, co się dzieje w tym pięknym kraju można by znaleźć pewne podobieństwa.

Tłum gęstnieje, nadciąga coraz więcej zdesperowanych emigrantów. 

20141215_062817

Tuż przed świtem, kolejka liczy ponad 100 osób

O 6:30 wschodzi słońce. 

O 6:40 przez głośnik nadano informację, w której kolejce ustawić się po wymaganą wizę.

O 7:00 otworzono drzwi urzędu emigracyjnego i czterech urzędników wyszło do zgromadzonego tłumu. Każdy z pracowników ustawił się przed jedną kolejką i zaczął wręczać kartkę z numerem poszczególnym „farangom” (obcokrajowcom).

20141215_070344

Otrzymaliśmy numer 4 i 5. Pozwolono nam wejść do urzędu, pomimo iż godziny pracy zaczynają się od 8:30. 

Dalej czekamy.

Wywołują nasze numery, pani przy ladzie sprawdza paszporty i wręcza nam następne karteczki z numerkiem. Tym razem to 207 i 208, które uprawniają nas do ponownego czekania. 

Pojawiają się pracownicy, wszyscy w żółtych koszulkach. To kolor odpowiadający za dany dzień tygodnia czyli poniedziałek.

Dokładnie o godzinie 8 słyszymy hymn z głośników. Wszyscy wstają i z szacunkiem wysłuchują nagrania.

Około 8:40 wszyscy urzędnicy ustawiają się na zbiórce w tylnej części pomieszczenia i wysłuchują „kazania” szefa. Prawdopodobnie życzy im udanego dnia pracy i zapewne cierpliwości do niektórych ‚farangów’. 

Zaraz po 9 wywołują mój numer. Sympatyczny urzędnik, wita mnie z uśmiechem. On się pewnie wyspał, w przeciwieństwie do mnie. Jednak grzecznie kłaniam się i uśmiecham do niego. 

Przeglądnął wszystkie dokumenty, przeszedł do przeglądania paszportu i zauważył ze brakuje mi kopii jednej z moich pieczątek w paszporcie. Oczywiście musiałam wyjść z urzędu i stanąć w następnej kolejce, tym razem do ksero. Kosztowało mnie to 2 Baht i 10 minut czekania.

Wracam do mojego urzędnika, który cierpliwie czeka na mnie pomimo tłumu w poczekalni. Po przybiciu pieczątki z wizą muszę jeszcze stanąć przed kamerą aby wykonano mi zdjęcie, pomimo iż załączyłam jedno do dokumentów. Pewnie muszą mieć aktualną podobiznę każdego „faranga” w systemie.

Opuszczam mojego urzędnika o 9:30, jednak nie mogę jeszcze wracać do domu. Muszę poczekać, aby oddano mi mój paszport. 

Wreszcie wywołują moje imię i opuszczam urząd emigracyjny o 10:45, z portfelem lżejszym o 3000 Baht, oraz dumna z pieczątki w paszporcie. Mam spokój przez następne dwanaście miesięcy.

Oj nie tak szybko.

Co trzy miesiące, a dokładniej co 90 dni, każdy obcokrajowiec musi się zameldować w tymże biurze w celu potwierdzenia adresu zamieszkania czy też potwierdzenia swojej obecności w kraju. Należy skrzętne pilnować terminu, gdyż każdy dzień zwłoki karany jest grzywną 500 Baht. Już raz płaciłam, więc wiem, że nie da się od tego wymigać. Wyjątkiem są dzieci, które do 15 roku życia nie ponoszą żadnej kary.

Ta trzymiesięczna rejestracja jest wprawdzie bezpłatna, jednak jest bardzo uciążliwa szczególnie jeśli się pracuje oraz bardzo irytująca, jeśli masz krótką pamięć (LOL).

Następny cyrk jest w momencie gdy nagle muszę wyjechać do Europy czy chcę wybrać się na wakacje poza granicę Tajlandii. Nie wsiądę „z marszu” do samolotu czy auta i nie wyjadę ot tak sobie. Muszę wcześniej zdobyć dodatkową pieczątkę, która pozwala mi na powrót do królestwa. Ponownie muszę wybrać się do urzędu emigracyjnego, tym razem po pozwolenie na powrót do „krainy uśmiechu”. 

20141214_175436

Pieczątka z ‚re-entry permit’

Istnieją dwa rodzaje takiego pozwolenia: pozwolenie jednorazowego wjazdu (czyli ‘single re-entry permit’) oraz pozwolenie wielokrotnego wjazdu (czyli muliti re-entry permit). Opłata za pieczątkę w paszporcie to odpowiednio 1000 Baht oraz 3000 Baht.

Tak właśnie w Tajlandii robi się interesy na cudzoziemcach! Jeśli jednak wyjedziesz z kraju, a zapomnisz o tym drobnym fakcie, to możesz cały proces wizowy zacząć od nowa, gdyż ważność 12 miesięcznej wizy uprawniającej do pobytu w Tajlandii wygasa w momencie przekroczenia granicy. Paranoja. 

Sprawy wizowe są największą zmorą niejednego cudzoziemca w Tajlandii i jeśli miałabym „krainie tysiąca uśmiechów” odejmować po uśmiechu za to co mi się tu nie podoba w tym kraju, to na pewno jeden z nich w tym momencie znika. 

W piosence “Psalm stojących w kolejce”, Krystyna Prońko śpiewała: 
“Bądź jak kamień, stój wytrzymaj,
Kiedyś te kamienie drgną ….”
I my jak te kamienie, nie dajemy się tajskiej biurokracji, wierząc, że coś się w końcu zmieni, a skostniałe struktury administracji państwowej “polecą jak lawina”. 
Pozwólcie, że w tym miejscu wszelkie komentarze na tematy polityczne kraju z premedytacją przemilczę.
Lecimy do pracy. Do następnego razu.

Więcej informacji o rodzajach wiz obowiązujących w Tajlandii znajdziesz na stronie Ambasady Tajlandii w Warszawie.

Reklamy